wtorek, 23 lipca 2013

Próbki z Annabelle Minerals- róże i korektor


Hej:)
Wracam do Was i do blogowania po niemałej przerwie, a na pierwszy ogień idzie post z prezentacją próbek mineralnych kosmetyków z Annabelle Minerals. Tym razem nie będą to podkłady, a dwa odcienie różu i jeden korektor.
Zapraszam:)!

Próbki można zamówić na stronie internetowej: KLIKNIJ
1 g wybranego kosmetyku kosztuje 7,50 zł.

Przy takiej wydajności, cena nie wydaje mi się zbyt wysoka. Jeżeli natomiast zrobicie zamówienie na kilka próbek, lub na pełnowymiarowy produkt, jeden losowy słoiczek dostaniecie w prezencie. Tym sposobem uzbierało mi się już sporo próbek podkładów w różnych dziwnych kolorach;)




KOREKTOR
Jak widzicie, korektor w odcieniu Dark to w rzeczywistości dość jasny beż. Niekoniecznie ciepły, jak sugerowałoby zdjęcie, raczej dość neutralny. Używałam go trochę pod oczy, czasami także na przebarwienia, ale nie został moim ulubieńcem. Zapewnia tylko troszkę lepsze krycie od podkładów z tej marki, ale jest dość suchy i tępy w konsystencji. Problemem jest także jego kolor- w małej ilości za jasny, a nałożony grubszą warstwą zaczyna ciemnieć i wychodzi z niego różowawy pigment.
Dla mnie zbędna rzecz, wolę w problematycznych miejscach nałożyć parę warstw dopasowanego do mnie podkładu :)

RÓŻ ROSE


Powyższe zdjęcie może nawet lepiej oddaje ten ciekawy kolor. Rose jest dość jasny, sam w sobie lekko chłodny, jednak przy moim typie cery, wyraźnie się ociepla, po nałożeniu na skórę.  Myślę, że będzie się prezentował ładnie na każdej karnacji.
 Efekt, jaki róż pozostawia na twarzy, jest bardzo dziewczęcy i matowy. Łatwo się go dozuje, nakłada oraz rozciera.
Zdecydowanie polubiłam Rose i uważam, że próbkę można zamawiać w ciemno:)

RÓŻ HONEY



Być może są dziewczyny, którym pasują róże w odcieniach brązu i które dobrze się w takich czują, ale ja zdecydowanie do takich nie należę;) Dla mnie Honey to raczej typowy kosmetyk brązujący i w tej roli sprawuje się całkiem dobrze. Odcień jest zdecydowanie ciepły i przypomina naturalną opaleniznę, przynajmniej u mnie;)
Nie jestem na ogół przekonana do bronzerów w postaci sypkiej, wydaje mi się, że łatwo narobić sobie nimi nieestetycznych plam. Ten kosmetyk także nie jest wyjątkiem- nietrudno zrobić sobie nim placki, bo czasem nie wiem, jak i ile nabrać go na pędzel. Ten produkt ma jednak pewną przewagę nad swoimi "kolegami" z tej samej kategorii- naprawdę dobrze się go rozciera. Efekt jest naturalny i muszę przyznać, że Honey przypadł mi do gustu.

Cechą wspólną wszystkich trzech próbek z annabelle jest ich zaskakująca TRWAŁOŚĆ na skórze. Wyglądają świeżo i ładnie właściwie przez cały dzień i nie wycierają się w taki paskudny sposób, jak np. niektóre bronzery:)

Nie skuszę się raczej na wersje pełnowymiarowe, bo próbki są tak wydajne, że wolę raz na jakiś czas zamówić zestaw kilku nowych kolorów:)

Pozdrawiam i rozpoczynam rundkę po Waszych blogach oraz nadrabianie zaległości:)



sobota, 15 czerwca 2013

WŁOSY- moja alternatywa dla silikonów, czyli płukanka nagietkowa:)

Witajcie:)!

    W ostatnim czasie nie narzekam specjalnie na swoje włosy. Zazwyczaj moim największym problemem jest plątanie, a później rozczesywanie drobnych supełków, które tworzą się na długości.
Sprawa nie jest prosta do opanowania, bo jak już wielokrotnie wspominałam, w swojej pielęgnacji staram się unikać produktów, które zawierają silikony. Jakiś czas temu odstawiłam nawet szampon, w którym na liście składników dopatrzyłam się jakiejś pochodnej silikonu. Wiem, że to dość kontrowersyjne podejście do tematu, ale powiedzmy, że taki postawiłam sobie cel- moje włosy będą gładkie bez ich stosowania;)



 
  W związku z tym, szukałam i nadal szukam, jakiegoś ciekawego i w miarę naturalnego zastępstwa dla silikonów. Jeśli czytałyście moje wcześniejsze wpisy, poświęcone tematyce "włosowej", to wiecie, że jestem ogromną zwolenniczką płukanek. W dużej mierze to one są odpowiedzialne za to, jak prezentuje się moja czupryna, chociaż do ideału pewnie nadal daleko;)
Traktuję je trochę jak odżywki bez spłukiwania. Czasami stosuję czyste ziołowe napary, innym razem dorzucam do nich różne półprodukty, miód itp.

Tutaj znajdziecie poprzednie notki:

płukanka na wzmocnienie

płukanka nabłyszczająco-zmiękczająca

płukanka na problemy z przetłuszczaniem

Natomiast przez ostatnie miesiące intensywnie sprawdzałam na sobie działanie płukanki z suszonych  kwiatów nagietka:) 20 g płatków kupiłam w sklepie internetowym Zrób Sobie Krem za 4,70 zł.
Taka ilość starcza na baaardzo baaardzo długo. Ja swojej porcji wciąż nie mogę zużyć, a płukankę stosuję praktycznie co mycie:)



Przygotowanie naparu jest banalnie proste:

kopiastą łyżkę płatków nagietka zalewam około 0,5 litra wrzątku. Miksturę przykrywam na jakieś 20 minut i odcedzam, a potem stosuję jako ostatnie płukanie po myciu włosów i spłukaniu odżywki.
Płatki rozwijają się w wodzie, nie problemu z odcedzeniem jakichś drobnych resztek itp. :)

Powstały napar ma słomkowy kolor i niemal niewyczuwalny zapach.



Przy przepłukiwaniu włosów naparem możemy mieć wrażenie, że używamy do tego zwykłej wody, ale chwilę później widać efekty:)

O jakich efektach mowa i dlaczego uważam, że płukanka  zastępuje mi silikony ;) ?

* w dotyku odczuwam znaczne wygładzenie, jakby włosy zostały powleczone lekką warstewką ochronną
* znacznie dłużej schną i mam wrażenie, że dłużej utrzymują nawilżenie?
* dużo łatwiej je rozczesać
* są zdecydowanie bardziej podatne na układanie. Nawet moje proste druty zaczynają się lekko falować po kilkugodzinnym noszeniu koczka. Jeśli mam je rozpuszczone, to po płukance są jeszcze bardziej proste, o ile to możliwe;), po prostu zero puchu.

Płukanka z płatków nagietka jest polecana do włosów o ciepłym odcieniu. Moim zdaniem, sama w sobie nie pogłębia miodowych refleksów, ona raczej podkreśla naturalny kolor włosów. Nie ma się co obawiać, że nagle nabierzemy np. rudego poblasku (u mnie akurat całkiem pożądanego), do tego celu trzeba by było użyć raczej odwaru. Moje jasne włosy nabierają po takim zabiegu wzmożonego złocistego połysku, kilka razy usłyszałam nawet, że mam "świecące" końcówki;) To właśnie zasługa nagietka.

Żeby jednak pogłębić mój kolor włosów czasami do płukanki dodaję szczyptę ekstraktu ze skórki granatu, świetnie się w tej roli sprawdza:)

Poza tym, przy regularnym płukaniu włosów w nagietku zaobserwowałam ograniczenie problemu przetłuszczania się skóry głowy, przy tym jest ona bardzo dobrze nawilżona:) Nagietek działa również łagodząco.

Efekt wygładzenia jest podobny do tego, jaki osiągałam przy ulubionej płukance z kwiatów lipy, jednak nagietkowa lepiej sprawdzi się u osób z przetłuszczającą się czupryną.
Myślę, że rewelacyjnie może działać połączenie obu przepisów. W najbliższym czasie spróbuję i dam Wam znać:)

Jeśli stosujecie płukanki, podzielcie się przepisami i opiniami:) Przetestujecie nagietkową?



wtorek, 11 czerwca 2013

Kolejny przetestowany filtr- L'oreal UV Perfect spf 50

Dzień dobry!:)

Zapraszam Was do przeczytania recenzji filtra do twarzy marki L'oreal. Pomału wykańczam opakowanie tego kosmetyku i przyszła pora na drobne podsumowanie. Liczę, że Wam się przyda, biorąc pod uwagę, że zbliża się pora urlopów i wakacji. Być może w końcu i w Polsce zawita słońce:)
Jak wiecie, kremów z filtrami staram się używać przez cały rok, szczególnie, że chętnie korzystam ze złuszczających kosmetyków z dodatkiem kwasów

Dlaczego powinno się nakładać filtry przez okrągły rok? Po raz kolejny nie będę starała się odpowiadać sama na to pytanie. Odsyłam Was do bloga italiany i wątku vademekum filtrowe :) Znajdziecie tam również opinię autorki na temat tego konkretnego kremu: KLIKNIJ

Do zakupu zachęcił mnie natomiast TEN bardzo pozytywny wpis  :)

Cena: aktualnie na allegro 13,99 zł bez kosztów przesyłki

Dostępność: bardzo kiepska, kosmetyk został wyprodukowany dla potrzeb rynku azjatyckiego. Ja zakupiłam swoją tubkę na allegro

Pojemność: 30 ml

Filtry: przede wszystkim chemiczne + dwutlenek tytanu


Z pewnością jest to kosmetyk bardzo łatwy w obsłudze i może zaskoczyć te z Was, którym krem z wysokim filtrem kojarzy się z tępą konsystencją i białą poświatą na twarzy. Fluid posiada przyjemną i lekką formułę, która bardzo gładko rozprowadza się na skórze.

Krem przede wszystkim:

- nie bieli
- nie powoduje wysypu
- nie podkreśla suchych miejsc
- stanowi idealną bazę pod makijaż, przede wszystkim mineralny, bo sypki podkład świetnie do niego przylega i bardzo długo się utrzymuje.

Jeśli chodzi o błyszczenie - po aplikacji samego filtra (bez makijażu) przez pierwszą godzinę-dwie skóra ma tylko lekko satynowy połysk, jednak później na mojej twarzy pojawia się nieprzyjemnie tłusta warstwa. Wówczas moja cera prezentuje się bardzo niekorzystnie, bo wszystkie niedoskonałości stają się nagle bardzo widoczne, a twarz się świeci. Na szczęście jest to sytuacja do  opanowania;) Z pomocą przychodzą mi bibułki matujące.
Jeżeli na filtr nałożę dodatkowo minerały to twarz pozostaje "satynowa" nieco dłużej. Można nawet w tym wypadku liczyć na efekt zdrowego "glow";)

To, czego obawiam się w tym produkcie to skomplikowany skład. Bardzo często mam opory przed azjatyckimi kosmetykami, zwłaszcza takimi, których mam zamiar używać regularnie.
Lista składników jest długa i niezbyt zachęcająca, ponieważ znajduje się na niej trochę rzeczy, które na pierwszy rzut oka, nic mi nie mówią:

POWIĘKSZ:)

 

W najbliższej przyszłości planuję porozglądać się za jakimś produktem z filtrami mineralnymi, z krótszym i pewniejszym składem:) Wydaje mi się też, że są one bezpieczniejsze dla skóry, niż filtry chemiczne, choć ich działanie ochronne bywa podawane w wątpliwość. Wciąż się jednak waham i zastanawiam, co wybrać:)

Myślę, że jeżeli nie macie takich oporów jak ja, to śmiało możecie spróbować i kupić na próbę fluid L'oreala, zwłaszcza, że cena jest dobra, a filtr przyjemny w obsłudze.

Podzielcie się swoimi "filtrowymi" doświadczeniami w komentarzach i napiszcie, czy używacie bibułek matujących. Ja znalazłam idealne i chętnie podzielę się z Wami konkretami, na przykład przy okazji następnej notki:)


niedziela, 2 czerwca 2013

kilka słów na temat cieni artdeco i oko;)

Witajcie!

Od kilku dobrych miesięcy używam paletki cieni do powiek firmy artdeco i myślę, że pora skrobnąć parę słów na temat tego, jak się u mnie sprawdzają:)

Mam cztery kolory, które różnią się między sobą także wykończeniem. Wszystkie cienie mieszkają sobie w bardzo zgrabnej kasetce magnetycznej, która szalenie mi się podoba.


 
 
288- matowy cień brązowo-fioletowy, bardzo ciemny, mocna pigmentacja

218- mój ulubieniec! perłowy, lekko iskrzący kolor taupe- brudny brąz, mocna pigmentacja

67-  lekko błyszczący szarak, ale nie jest to odcień wpadający w srebro, pigmentacja średnia

71- transparentna biel opalizująca na fioletowo

Cienie artdeco można dostać na stoiskach tej firmy w niektórych drogeriach, albo w sieci.  Przykładowo na allegro kupicie jeden taki wkład do paletki za około 23 zł. Wybór odcieni jest dość szeroki.

Na plus zanotowałam:

- cienie mają bardzo miękką i lekką konsystencję (jeśli wiecie, co mam na myśli ^^), świetnie  się nakładają, zarówno palcem, jak i pędzlem
- bajecznie się rozcierają, często i tutaj stosuję technikę rozcierania na szybko palcem;)
- dobrze się noszą, ponieważ nie rolują się, ani nie osypują

I jeden minus, który przychodzi mi na myśl:

- po upływie kilku godzin cienie odrobinę blakną na powiece

Podsumowując, uważam te cienie za kosmetyki bardzo dobrej jakości, porównałabym je do Bourjois. Myślę, że jeżeli zwolni mi się miejsce w kasetce i zużyję jeden z tych kolorów, to chętnie zaopatrzę się w jakiś kolejny:)

Na koniec wrzucam jedno oko pomalowane w cieniami z powyższej paletki artdeco. To miało być takie oko al'a szczenięce spojrzenie  ;) (puppy eyes make up):


 

I nieco inny makijaż wykonany przy użyciu odcienia taupe i błyszczącego szaraka oraz kohla na linii wodnej (hashmi kohl aswad) :

 
 
Wiem, wiem, na mojej powiece niełatwo uchwycić kolor:D
 
Chętnie poczytam, jakie są Wasze ulubione cienie do powiek. Znacie te z artdeco?:)
 

sobota, 18 maja 2013

Zakupy! Inglot & Golden Rose

Cześć:)

Dzisiaj zapraszam Was na mały przegląd moich zakupów z zeszłego tygodnia. Wiosna w pełni, więc poszalałam z kolorówką:)

kredki Golden Rose, cienie Inglot

Najpierw wybrałam się do Inglota, ponieważ miałam w planach zakup kilku zielonych cieni do powiek. Marzyła mi się ciemna, butelkowa zieleń i jakiś limonkowy kolor. To dość nietypowe odcienie, jak na mnie. Na ogół wybieram zielenie lekko oliwkowe, wpadające w złoto. Mam kilka właśnie takich kolorów w paletkach Sleeka, ale tym razem miałam ochotę na coś zupełnie  innego:)

Ostatecznie zdecydowałam się na trzy wkłady (każdy za 10 zł) do mojej starej i wysłużonej paletki na 5 krążków.





Pierwszy cień to 414 o wykończeniu pearl, który wybrałam pod wpływem jednej z Was:)
Jest bardzo ciemny, chłodny i pięknie opalizuje.

Kolejny to intensywny limonkowy kolor 477 o wykończeniu double sp. Cień jest matowy, ale posiada sporo małych drobin, chyba złotych, które jednak wcale mi nie przeszkadzają.
Mój chłopak mówi, że 477 to odcień "goblin green" :D bardzo mi się ta nazwa spodobała, myślę, że wie, co mówi, w końcu w wolnych chwilach maluje figurki do gry Warhammer:)

Ostatni cień to 137, wykończenie Shine. Zaskoczyłam sama siebie wybierając ten kolor:) Nie umiem go dobrze opisać. Nie jest mocno kryjący, a raczej transparentny. Czasami wygląda jak chłodny miętowy odcień, pod innym kątem widoczny jest w nim złoty pyłek:) To bardzo ciekawy cień i daje delikatny efekt, myślę, że sprawdzi się na co dzień.

Do tej pory nie byłam wielka fanką cieni z Inglota, teraz chyba zaczynam zmieniać zdanie.

Tego samego dnia natknęłam się przez przypadek na całkiem nieźle zaopatrzone stoisko z kosmetykami marki Golden Rose. Warszawianki, polecam Wam zajrzeć do Pań, które stoją tuż przy wyjściu ze stacji metro Wilanowska:)

Długo poszukiwałam słynnych kredek do oczy z serii emily. Na wspomnianym stanowisku znalazłam kilka sztuk i ostatecznie porwałam kobaltową z numerem 107.

Nie mogłam sie oprzeć i wzięłam również wodoodporną kredkę do ust z serii Classic waterproof lipliner w kolorze 306. Przypomina mi bardzo pomadkę Fuchia z Kobo.
Takie neonowe róże nie za często goszczą na moich ustach, ale  wydaje mi się, że odrobina takiego koloru potrafi "zrobić" cały makijaż i daje bardzo świeży efekt, szczególnie z odrobiną błyszczyka.




Kredkę na ustach pokażę może innym razem, a na koniec wrzucam jeszcze mój wczorajszy makijaż oka z wykorzystaniem kredki emily i i granatowego tuszu Max factor False Lash . W kąciku znalazł się niezastąpiony rozświetlacz Mac soft & gentle :




Używacie któregoś z tych kosmetyków, możecie coś o nich powiedzieć?:)
A może coś, czego jeszcze nie znacie, przykuło Wasza uwagę?

Pozdrowienia!

wtorek, 7 maja 2013

Lily Lolo (Popcorn) kontra Annabelle Minerals (Golden Fair)


Cześć:)!

Na dzisiaj zaplanowałam porównanie dwóch popularnych podkładów mineralnych:)

 A TUTAJ znajdziecie mój wpis na temat podkładów z Annabelle Minerals.




*Cena oraz pojemność*:
oba kosmetyki mają 10 g. Jednak cenowo bardziej opłaca się zakup podkładu z Annabelle Minerals - cena kosmetyku wraz z kosztem przesyłki wynosi 58,50 zł.
Za opakowanie podkładu Lily Lolo o tej samej pojemności musimy zapłacić 69,90 zł, a do tego dochodzą jeszcze koszty wysyłki. W Warszawie możliwy jest odbiór osobisty. Jeżeli wybierzemy dostawę za pośrednictwem kuriera DPD zapłacimy dodatkowo 13 zł, natomiast za odbiór w paczkomacie - 8 zł.

Kosmetyki Lily Lolo są do kupienia na stronie: costasy.pl
Produkty Annabelle Minerals dostaniecie na stronie annabelleminerals.pl

*Opakowanie*: 
Porównanie wypada na korzyść Lily Lolo. Pojemniczek jest porządniejszy i lepiej wykonany: ma zasuwane sitko i dozowanie jest dzięki temu łatwiejsze.



Niestety ono również nie pozostaje bez wad -przy codziennym stosowaniu zdarza się, że pęka zakrętka i wtedy nie można domknąć opakowania. Wiem, że ten problem dotyczy nie tylko mnie, na szczęście wieczko pękło dopiero pod sam koniec użytkowania :)



Opakowanie podkładu Annabelle nie przekonało mnie- moje pudełeczko nie zakręca się do końca i podkład wysypuje się z niego bokami. Podoba mi się, że sitko jest tylko na środku, ale jego otwory są za duże i nie ma dodatkowego zabezpieczenia- czasami przy otwieraniu wita nas więc pyląca chmura;) Nie bawię się jednak w jego przesypywanie do innego pojemnika, podejrzewam, że straciłabym przy tej czynności połowę kosmetyku;)

*Formuła podkładu*:
Obydwa kosmetyki są bardzo drobno zmielone i sprawiają wrażenie lekko kremowych- jeżeli wiecie co mam na myśli;) U mnie żaden z nich nie podkreśla suchych miejsc (ok, prawie ich nie mam;)). Żaden nie podkreśla także u mnie porów skóry, nie zbiera się nigdzie ani nie tworzy efektu "ciasta" na twarzy.

Muszę jednak przyznać, że łatwiej i przyjemniej nakłada mi się minerały Annabelle Minerals-  one sprawiają wrażenie jeszcze bardziej kremowych. Bardzo dobrze stapiają się ze skórą i chyba lepiej do niej przylegają niż LL :)
Mój podkład AM jest w wersji kryjącej. LL posiada tylko jeden rodzaj.

*Kolor i krycie* :
Okazało się, że mój ulubieniec z Annabelle -Golden Fair jest bardzo zbliżony do swojego poprzednika, czyli Popcorn z Lily Lolo:) Zobaczcie:


Są to kolory dobre dla posiadaczy cer jasnych o ciepłej tonacji ze względu na żółty pigment:)
W obu przypadkach gama odcieni jest dość szeroka, jednak zdjęcia ze strony, jak dla mnie, nie ułatwiają za bardzo wyboru. Warto poświęcić chwilę i przejrzeć zdjęcia innych blogerek, które prezentują je często na skórze.

W kwestii krycia wygrywa zdecydowanie Annabelle Minerlas:)! Uwielbiam to, że w lepsze dni mogę machnąć pędzlem jedną warstwę podkładu AM i to wystarcza:) Przy 2-3 warstwach możemy osiągnąć pełne krycie.
Przy LL jedna warstwa zdecydowanie nie była u mnie wystarczająca, dwie dawały raczej średnie krycie. Najlepiej sprawdzał się za to nakładany wilgotnym pędzlem typu flat top- to lekko zwiększało jego właściwości kryjące. Na powyższym zdjęciu musiałam nałożyć go dużo więcej niż podkładu z AM, aby kolor był widoczny. Myślę, że widać na nim również, że Annabelle  lepiej stapia się ze skórą.

*Trwałość*:
Dla mnie podkłady mają podobną trwałość na skórze. Być może Annabelle utrzymują się trochę dłużej. Wszystko jednak zależy od tego, jaki mamy typ cery, jak nałożyliśmy podkład oraz co znalazło się na skórze pod podkładem:)
Oba kosmetyki dobrze współpracują, jak na razie, z moimi kremami i olejami:)

Jak widzicie, zarówno Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals mają w swojej ofercie naprawdę bardzo porządne podkłady. Ja jednak, póki co, zostaję przy minerałach z AM. Na ich korzyść przemawia świetne krycie i przyzwoita cena. Liczę tylko na to, że producent zdecyduje się kiedyś na ulepszenie opakowania, choć pewnie wtedy podskoczy również jego cena;)

Jak Wy porównałybyście te dwa podkłady? Czaicie się na któryś z nich?:)

wtorek, 30 kwietnia 2013

Powiększający makijaż oczu według tutorialu z kanału Azjatycki Cukier


Cześć wszystkim:)



Dziś będzie nieco inaczej niż dotychczas:)
Zawsze chciałam wrzucić na bloga zdjęcie z jakimś make upem, ale moje oczy mają specyficzną budowę i niezwykle ciężko jest je pomalować, a co dopiero uchwycić jakikolwiek makijaż na zdjęciu. Przy otwartych oczach nie wszystko widać, przy zamkniętych to jest jednak zupełnie inny efekt i najlepiej to wszystko wygląda po prostu na żywo, w ruchu.
Mimo wszystko zdecydowałam się na wrzucenie kilku zdjęć, ale nie będzie to zwykły makijaż, ale moja próba odtworzenia wersji azjatyckiego makijażu, który ma za zadanie ekstremalnie powiększyć oczy.
Zastosowałam się do wskazówek z tego filmiku Azjatyckiego Cukru, którą pewnie wszyscy znacie:)

W ogóle do moich ulubionych filmów z Cukrowego kanału należą te z propozycjami makijaży i fryzur. Zawsze podpatrzę jakąś ciekawą technikę. Proponowane przez nią wskazówki  najczęściej bardzo odpowiadają moim powiekom, których budowa sprawia mi tyle problemów przy malowaniu.

Zobaczcie efekty mojej próby odwzorowania tego makijażu:)

W wielkim skrócie:
* odrobina bazowego cienia (brąz) ląduje na ruchoma powiekę a potem idzie w ruch eyeliner w płynie (mam totalnie dziadowski płynny liner, więc u mnie to był czarny cień ze sleeka+duraline i efekt jest super:)!) a więc:
*wypełniamy nim przestrzeń między rzęsami
*rysujemy "fałszywy" zewnętrzny kącik
i zaznaczamy wewnętrzny,
*pogrubiamy miejsce tuż nad tęczówką
*dolną powieka w okolicach wewnętrznego kącika malujemy białą kredką, rozcieramy, odrobina wędruje pod łuk brwiowy
*ciemnobrązowym cieniem obrysowujemy nasz "dorobiony kącik", rozcieramy
*tuszujemy rzęsy, skupiając się na wyciagnięciu do góry tych środkowych

Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam, ale tak czy siak filmik Azjatyckiego Cukru jest do obejrzenia:)!

oto moje czyste płótno;) ugh, ta blizna!
 
 
 

 

Nie noszę soczewek typu circle lens, ale często słyszę, że mam duże oczy (mimo, że są tak głęboko osadzone:) ). Lubię po prostu pomagać sobie makijażem i udawać z jego pomocą, że są takie duże;)

Moje wnioski:

Efekt, który osignęłam przy pomocy tego makijażu jest zbliżony do tego, jaki osiągam przy make upie, wykonywanym zwykle na wieczór. Jest jednak tutaj kilka odkrywczych dla mnie trików, z których na pewno będę korzystać:) Mam na myśli na przykład użycie białej kredki na dolnej powiece (bez linii wodnej). 
"Fałszywy" kącik też jest fajnym pomysłem, ale może będę zaznaczać go po prostu samym cieniem? Jeszcze nie wiem:)
Nie jestem przekonana natomiast do zaciemniania wewnętrznego kącika. Owszem, moim zdaniem, rzeczywiście powiększa to oko, ale ja często trę oczy w tym miejscu i i nie wiem, czy uda mi się ten nawyk opanować:D

A oto kosmetyki, których użyłam do tego makijażu:


duraline Inglot, pędzelek skośny syntetyczny Inglot, kredka Sephora, tusz Wibo, cień pojedyńczy Art deco 218, sleek Original, w roli bazy cień brązowy Max Factor w płynie

Jak Wy oceniacie moją próbę odtworzenia make upu powiększającego oczy? Bawiłyście się może w taki makijaż?

Może następnym razem spróbujemy z puppy eyes make up?:)