wtorek, 11 lutego 2014
Odkrycie roku 2013, czyli ROSYJSKIE KOSMETYKI
Witajcie,
Ostatnio trochę milczałam, parę osób ode mnie w tym czasie uciekło, a po głowie chodzi mi drugi blog, który będzie na pewno częściej aktualizowany. Będzie to strona z prezentacją moich prac z kategorii "rękodzieło", może komuś z Was wyda się interesująca :). Jak już ruszy- zostawię ślad i na tym blogu do wiadomości wszystkich ciekawych.
A dzisiaj chciałabym namówić tych, którzy jeszcze nie mieli ku temu okazji, na rozpoczęcie przygody z rosyjskimi kosmetykami, o których można od dawna poczytać na rożnych blogach i forach. Coraz więcej sklepów ma je również w swojej ofercie, z czego bardzo się cieszę.
Wprawdzie kosmetyków rosyjskich marek zaczęłam używać już w 2012 roku, ale wtedy dopiero się z nimi zapoznawałam. W ubiegłym roku polubiłam się z nimi na dobre:)
Nie wszystkie opakowania na zdjęciach są pełne, niektóre to produkty już zużyte. Testowałam tez inne, ale puste pojemniczki zostały już wyrzucone i nie mogłam zaprezentować ich na zdjęciu.
Muszę przyznać, że wszystkie kosmetyki, których używałam były NAPRAWDĘ DOBRE. Nie brakuje wśród nich produktów BARDZO DOBRYCH i tych, które być może mnie nie zachwyciły, ale spisywały się na tyle, że zużyłam je do końca bez żadnego marudzenia.
Dlaczego namawiam wszystkich do zapoznania się z tym, co rosyjskie firmy kosmetyczne mają nam do zaproponowania?
Ponieważ rzadko zdarza się, że w rozsądnej cenie znajdujemy coś, o naprawdę dobrym i naturalnym składzie, co nie wyrządzi nam krzywdy:) Dodatkowo pojemności są bardzo duże, czasem to 400/500 ml. Często dochodzą do tego koszty wysyłki, ale nie są one bardzo wysokie, polecam też zamawianie w kilka osób.
Stacjonarnie niektóre rosyjskie kosmetyki można dostać w Warszawie w sklepiku na dworcu Śródmieście.
W sieci np: http://triny.pl/ http://kalina-sklep.pl/kalina/SKLEP14/ http://www.zielarnia24.pl/ http://www.bioarp.pl/
Do tej pory testowałam przede wszystkim szampony i odżywki. Ze wszystkich byłam zadowolona.
O jednym szamponie pisałam już wcześniej- szampon dodający objętości Baikal Herbals: klik
Dla suchych i normalnych włosów do częstego stosowania mogę polecić szampon z serii Eco Hysteria- mega odżywienie.
Za butlę 500 ml przyjdzie nam zapłacić nieco ponad 20 zł. Ja dostałam resztkę szamponu od przyjaciółki do przetestowania i niezwykle mi się spodobał, szczególnie na okres zimowy. Jest niezwykle przyjemny i łagodny. Skład krótki i porządny, z dodatkiem oleju makadamia, awokado, masłem shea etc.
Jestem teraz w trakcie stosowania popularnego neutralnego szamponu z serii Natura Siberica.
400 ml kosztuje ok. 19,90 zł. Skład również bardzo przyjemny. Myślę, że każdy typ włosów powinien się z nim polubić. Włosy nie są po użyciu ani splatane, ani obciążone.
W obu przypadkach brak podrażnienia skóry głowy, czy wysuszenia pasm włosów, jak przy niektórych szamponach z mocniejszą kompozycją detergentów. Jestem wręcz zaskoczona, że można mieć włosy naprawdę czyste, a przy okazji nie skołtunione. Nawet przed zastosowaniem odżywki ten przyjemny efekt jest odczuwalny:)
Muszę jednak przyznać, że recenzowany wcześniej szampon Baikal Herbals spodobał mi się jak na razie najbardziej. Mocniej odbija włosy od nasady, testowałam go także pod kątem zmywania olejów i nie zawiódł mnie:)
Wybór szamponów, balsamów, masek jest jednak ogromny i chyba każdy znajdzie coś dla siebie.
Nie brakuje też kremów do twarzy, pod oczy, do ciała i różnych rodzajów serum. Wszystko w dobrych cenach i nierzadko w ładnych opakowaniach:) Nadają się prezent!
Jeśli znacie rosyjskie kosmetyki- co byście poleciły?
Chcecie poczytać o odżywkach?
Jeśli nie znacie- spróbujecie? spróbujcie!:)
Ciepłe pozdrowienia
wtorek, 14 stycznia 2014
Garść nowości!
Hej!
Miło mi będzie podzielić się z Wami garścią nowości, które otrzymałam od bliskich mi osób w przeciągu ostatnich kilku miesięcy:). O kilku rzeczach, widzę już teraz, zapomniałam, ale na pewno wspomnę o nich następnym razem.
Na początku rzut oka na nowości do pielęgnacji ciała:
Tak się akurat złożyło, ze wszystkie kosmetyki do ciała, które tutaj pokażę, mają zapachy przywodzące na myśl różne słodkości;)
Duża butla firmy Luksja to popularny od jakiegoś czasu płyn do kąpieli o niesamowitym zapachu gofrów z karmelem. Co prawda, nie korzystam z kąpieli w wannie, ale kosmetyk został mi podarowany aby mnie do tej przyjemności przekonać;) nie miałam jeszcze okazji testować go w ten sposób, ale jako żel do mycia jest bardzo fajny, przede wszystkim dzięki obłędnemu zapachowi, który poprawia nastrój. Dobrze się pieni i nie wysuszył mi skóry, co mnie zaskoczyło na plus.
Kolejna buteleczka to balsam do ciała Soraya o czekoladowym zapachu. Pachnie dość przyjemnie, trochę budyniowo, smaruję nim głównie dłonie na szybko po umyciu. Niestety nie nawilża oraz nie natłuszcza mojej nawet w najmniejszym stopniu.
Masło do ciała z The Body Shop z serii Honeymania bardzo przypadło mi do gustu, podobnie jak inne masła tej firmy. Post TUTAJ. W składzie mamy przede wszystkim masło kakaowe, masło shea, jest też wosk pszczeli. Bardzo dobrze się wchłania, czuć przyjemne nawilżenie, a zapach jest wyraźnie kwiatowy (niech będzie, że to miód wielokwiatowy;) ). Moja skóra nie wymaga nakładania balsamu, czy kremu po każdym myciu, jednak zimą potrafi się przesuszać, a to masło dobrze się w takich chwilach sprawdza. Lubię go używać, mimo że sama czynność smarowania ciała jakimkolwiek balsamem to dla mnie nuda i udręka;)
Na koniec tej kategorii zostawiłam otulający scrub do ciała z Pat&Rub, który marzył mi się juz od bardzo dawna. Mam wielką przyjemność z używania tego produktu, jednak jego właściwości ścierające są dość kiepskie. Drobinki cukru bardzo szybko się rozpuszczają, podczas nakładania czuć przede wszystkim kompozycję olejów.
Nie polecam go osobom, które poszukują silnego zdzieraka oraz tym, którym przeszkadza wyczuwalny film na ciele. Skóra po jego zastosowaniu jest po prostu tłusta jak po bogatej oliwce. Ja za tym efektem przepadam, bo kiedy czuję lekkie przesuszenie używam go jak "balsamu pod prysznic" i na kilka dni mam całkowity spokój. Pachnie ciepło i przyjemnie, skład jest świetny (masło shea, oliwa, babasu itd.), ale żaden tam z niego "scrub" ;)
Pozostał szybki rzut oka na kolorówkę:
Kto by się spodziewał tutaj bazy silikonowej pod makijaż Sephora?:) Przemogłam się parę razy, bo ostatnio kilka okazji wymagało długotrwałego makijażu, więc użyłam i przeżyłam ;) Skóra była bardzo ładnie wygładzona, minerały nakładały się bezproblemowo. Krzywdy mi nie wyrządziła, poza jednym razem, kiedy twarz mi się spociła i czułam pod taką "maską" straszny dyskomfort, jak to bywa u mnie z kosmetykami z dużą zawartością silikonów.
Lakiery- pierwszy to maluch z MUA w odcieniu koralowego różu. Piękny, żywy kolor i naprawdę fajny lakier!:)
Drugi to słynny Baltic Sand z Lovely, czyli brokatowy lakier o piaskowej fakturze. Robi efekt WOW, nie jestem tylko przekonana do tego konkretnego koloru, myślę, że pasowałby mi bardziej w odcieniach złota:)
Cień w kremie Maybelline color tatoo, odcień On The Bronze. Baaardzo chciałam go mieć, bo uwielbiam takie kolory. Ten jest naprawdę fenomenalny, zobaczcie sami:
Pięknie połyskuje. Można go nosić solo, co często ostatnio robię, można nałożyć jako bazę pod inne cienie. Fajna rzecz na wyjazdy. Z trwałością u mnie różnie, zależy od dnia- jednego trzyma się dobrze cały dzień, innego potrafi się delikatnie zrolować, jednak nigdy w taki sposób, by bardzo rzucało się to w oczy.
Na koniec zostawiłam paletkę, która już po otwarciu podbiła moje serce, przede wszystkim ze względu na kolorystykę. Przedstawiam Wam paletkę do makijażu ust firmy Sleek, (nazwa palety to siren) :
Jestem wprost zachwycona doborem kolorów! Są tez inne zestawy, które mogą zainteresować inne typy urody.
Tutaj śmiało mogę powiedzieć, że wszystkich odcieni będę używała z przyjemnością! 3 kolory dają raczej matowe wykończenie, tylko mocna czerwień jest bardziej w typie kremowej pomadki. Na razie mogę powiedzieć, że oprócz niesamowitej pigmentacji cechują się świetną trwałością:)
Miło mi będzie podzielić się z Wami garścią nowości, które otrzymałam od bliskich mi osób w przeciągu ostatnich kilku miesięcy:). O kilku rzeczach, widzę już teraz, zapomniałam, ale na pewno wspomnę o nich następnym razem.
Na początku rzut oka na nowości do pielęgnacji ciała:
Tak się akurat złożyło, ze wszystkie kosmetyki do ciała, które tutaj pokażę, mają zapachy przywodzące na myśl różne słodkości;)
Duża butla firmy Luksja to popularny od jakiegoś czasu płyn do kąpieli o niesamowitym zapachu gofrów z karmelem. Co prawda, nie korzystam z kąpieli w wannie, ale kosmetyk został mi podarowany aby mnie do tej przyjemności przekonać;) nie miałam jeszcze okazji testować go w ten sposób, ale jako żel do mycia jest bardzo fajny, przede wszystkim dzięki obłędnemu zapachowi, który poprawia nastrój. Dobrze się pieni i nie wysuszył mi skóry, co mnie zaskoczyło na plus.
Kolejna buteleczka to balsam do ciała Soraya o czekoladowym zapachu. Pachnie dość przyjemnie, trochę budyniowo, smaruję nim głównie dłonie na szybko po umyciu. Niestety nie nawilża oraz nie natłuszcza mojej nawet w najmniejszym stopniu.
Masło do ciała z The Body Shop z serii Honeymania bardzo przypadło mi do gustu, podobnie jak inne masła tej firmy. Post TUTAJ. W składzie mamy przede wszystkim masło kakaowe, masło shea, jest też wosk pszczeli. Bardzo dobrze się wchłania, czuć przyjemne nawilżenie, a zapach jest wyraźnie kwiatowy (niech będzie, że to miód wielokwiatowy;) ). Moja skóra nie wymaga nakładania balsamu, czy kremu po każdym myciu, jednak zimą potrafi się przesuszać, a to masło dobrze się w takich chwilach sprawdza. Lubię go używać, mimo że sama czynność smarowania ciała jakimkolwiek balsamem to dla mnie nuda i udręka;)
Na koniec tej kategorii zostawiłam otulający scrub do ciała z Pat&Rub, który marzył mi się juz od bardzo dawna. Mam wielką przyjemność z używania tego produktu, jednak jego właściwości ścierające są dość kiepskie. Drobinki cukru bardzo szybko się rozpuszczają, podczas nakładania czuć przede wszystkim kompozycję olejów.
Nie polecam go osobom, które poszukują silnego zdzieraka oraz tym, którym przeszkadza wyczuwalny film na ciele. Skóra po jego zastosowaniu jest po prostu tłusta jak po bogatej oliwce. Ja za tym efektem przepadam, bo kiedy czuję lekkie przesuszenie używam go jak "balsamu pod prysznic" i na kilka dni mam całkowity spokój. Pachnie ciepło i przyjemnie, skład jest świetny (masło shea, oliwa, babasu itd.), ale żaden tam z niego "scrub" ;)
Pozostał szybki rzut oka na kolorówkę:
Kto by się spodziewał tutaj bazy silikonowej pod makijaż Sephora?:) Przemogłam się parę razy, bo ostatnio kilka okazji wymagało długotrwałego makijażu, więc użyłam i przeżyłam ;) Skóra była bardzo ładnie wygładzona, minerały nakładały się bezproblemowo. Krzywdy mi nie wyrządziła, poza jednym razem, kiedy twarz mi się spociła i czułam pod taką "maską" straszny dyskomfort, jak to bywa u mnie z kosmetykami z dużą zawartością silikonów.
Lakiery- pierwszy to maluch z MUA w odcieniu koralowego różu. Piękny, żywy kolor i naprawdę fajny lakier!:)
Drugi to słynny Baltic Sand z Lovely, czyli brokatowy lakier o piaskowej fakturze. Robi efekt WOW, nie jestem tylko przekonana do tego konkretnego koloru, myślę, że pasowałby mi bardziej w odcieniach złota:)
Cień w kremie Maybelline color tatoo, odcień On The Bronze. Baaardzo chciałam go mieć, bo uwielbiam takie kolory. Ten jest naprawdę fenomenalny, zobaczcie sami:
Pięknie połyskuje. Można go nosić solo, co często ostatnio robię, można nałożyć jako bazę pod inne cienie. Fajna rzecz na wyjazdy. Z trwałością u mnie różnie, zależy od dnia- jednego trzyma się dobrze cały dzień, innego potrafi się delikatnie zrolować, jednak nigdy w taki sposób, by bardzo rzucało się to w oczy.
Na koniec zostawiłam paletkę, która już po otwarciu podbiła moje serce, przede wszystkim ze względu na kolorystykę. Przedstawiam Wam paletkę do makijażu ust firmy Sleek, (nazwa palety to siren) :
Jestem wprost zachwycona doborem kolorów! Są tez inne zestawy, które mogą zainteresować inne typy urody.
Tutaj śmiało mogę powiedzieć, że wszystkich odcieni będę używała z przyjemnością! 3 kolory dają raczej matowe wykończenie, tylko mocna czerwień jest bardziej w typie kremowej pomadki. Na razie mogę powiedzieć, że oprócz niesamowitej pigmentacji cechują się świetną trwałością:)
Czy coś zaciekawiło Was szczególnie? a może już znacie te kosmetyki? Napiszcie:)!
niedziela, 5 stycznia 2014
Ulubieńcy grudnia!
Cześć,
Mam nadzieję, że ostatnie dni roku upłynęły Wam w fajnej atmosferze, a Wasz Sylwester był równie udany, jak mój sylwestrowy wieczór:)
Jeszcze nie zdecydowałam, czy powstanie post na temat faworytów roku 2013, póki co prezentuję Wam kosmetyki, którymi zachwycałam się w minionym miesiącu:)
Zapraszam!
Jak widzicie, wśród moich ulubieńców znalazła się, zapewne wszystkim dobrze znana, ciekawostka do włosów, a mianowicie suchy szampon Batiste. Poznałam go dopiero w listopadzie, bo właśnie wtedy otrzymałam go w prezencie urodzinowym i teraz wiem, że to był strzał w 10!
Moja wersja- "tropical" zawiera w sobie kokosowe nuty. Zauważyłam, że zapach utrzymuje się na włosach dość długo po zastosowaniu produktu. A jak go stosować?
Jeśli czujemy potrzebę odświeżenia fryzury, wystarczy jedynie spryskać włosy u nasady, lekko wyczesać/wmasować biały nalot i... gotowe!
Ostatnio mam problem z przetłuszczającymi się włosami przy skórze głowy z uwagi na sezon grzewczy i regularne noszenie czapki. Już na drugi dzień po myciu włosy nie wyglądają dobrze. Batiste okazał się "wybawieniem". Działa fenomenalnie w takich kryzysowych sytuacjach, włosy wyglądają właściwie na świeżo umyte;) Znacznie lepiej sobie radzi niż np. talk dla dzieci, którego miałam w zwyczaju używać wcześniej. Skład zapewne nie jest idealny, zbyt częste stosowanie pewnie może włosy wysuszyć, ale jeśli dotyczy Was problem przetłuszczającej się czupryny- polecam!
Batiste możecie kupić w sieci drogerii Hebe, lub w Internecie. Do wyboru jest kilka wersji zapachowych, a także opcja do włosów ciemnych.
Na drugi rzut idzie antyperspirant Floslek.
Skończył mi się mój naturalny dezodorant Sanoflore- do recenzji odsyłam TUTAJ i szukałam czegoś nowego, aby nie przyzwyczaić się za bardzo do jednego kosmetyku. Padło na łagodny antyperspirant, który przy okazji zakupów w aptece DOZ (Dbam o Zdrowie) zamówiłam w ciemno. Cena wyniosła niecałe 12 zł, w składzie brak parabenów i alkoholu.
Jestem z niego baaardzo zadowolona. Z czystym sumieniem go polecam, ponieważ jest TANI, ŁAGODNY i naprawdę SKUTECZNY! Do tego ma bardzo fajny zapach i NIE BRUDZI ubrań:)!
Następni w kolejności będą ulubieńcy do makijażu oka: czarny płynny eyeliner i cielista kredka na linię wodną. Zacznę od tej drugiej:
Oczywiście lekko "otwiera" oko i "odświeża" spojrzenie, ale przede wszystkim utrzymuje się niesamowicie długo. Do tego jest tania, bo kosztuje około 12 zł. Kolor jest według mnie okej, u mnie wypada naturalnie.
Kolor jest według mnie okej, u mnie wypada naturalnie.Myślę, że pokażę ją Wam kiedyś na oku, jeśli ktoś wyrazi chęć:)
Tusz ma wyrazisty czarny kolor, jest poręczny, bo aplikator to forma gąbeczki.Zazwyczaj rzadko maluję kreski na powiece, ale grudzień jakoś sprzyjał mocniejszym makijażom i chętnie używałam tego eyelinera na co dzień. Sam z siebie jest dość trwały, jednak w kontakcie z wodą szybko się rozmazuje i spływa.
Rzeczywiście nie podrażnia oczu. Dobry polski kosmetyk jednej z moich ulubionych firm:)!
Seria zawiera również kredki i tusz do rzęs.
W grudniu było parę takich okazji, kiedy można było poszaleć z makijażem, a mi wtedy towarzyszyły naturalne rzęsy Red Cherry w duecie z klejem duo (do zakupienia w Inglocie)
Przedstawiam Wam model, który sprawdza się u mnie najlepiej ostatnimi czasy:
747U
Rzęsy kupiłam w sklepie kosmetyki-mineralne za ok. 19 zł. Jest ich tam ogromny wybór!
747 U są dość krótkie i o równomiernej gęstości przez co wyglądają naturalnie, mają tez przezroczysty pasek, więc są lekkie i prezentują się "lekko", bo nie trzeba ich obecności tak bardzo maskować. Te konkretne odrobinkę przycięłam w wewnętrznym kąciku i nosiłam już 3 razy. Moim zdaniem nie wyglądają na zniszczone.
Po każdym użyciu delikatnie zdejmuję z nich zaschnięty klej, który staje się lekko gumowy, więc bardzo łatwo można go ściągnąć dosłownie jednym ruchem. Ostatnio nakładam rzęsy przed tuszowaniem swoich, dlatego po zdjęciu muszę te sztuczne lekko wyczyścić mleczkiem do demakijażu z resztek maskary. Myślę, że jeszcze je kupię:)!
Na koniec róż, który gościł na moich policzkach najczęściej w tm miesiącu, czyli Annabelle Minerals w odcieniu CORAL:)
Czy taki z niego koral to nie wiem, wygląda raczej jak brudny róż, który przywodzi na myśl siniaka;) Mimo wszystko bardzo dobrze współgra z moją ciepłą cerą, policzki są fajnie podkreślone, a efekt jest niezwykle trwały- dlatego polecam zakup próbki tego kosmetyku, bo nie dość, że fajny z niego róż to dodatkowo starcza na baaaardzo długo:)
Podzielcie się swoją opinią, jeżeli znacie te produkty. Napiszcie też, jeśli któryś z nich szczególnie Was zainteresował:)
Jak tam Wasi faworyci grudnia?
Następnym razem zapraszam na noworoczny przegląd moich nowości:)
Pozdrowienia!
piątek, 20 grudnia 2013
Sylveco krem brzozowy z betuliną
Witajcie:)!
Polska marka Sylveco cieszy się ostatnio ogromną popularnością. Nigdy wcześniej miałam żadnego kosmetyku tej firmy, ale wygrana w rozdaniu u Ekocentryczki umożliwiła mi przetestowanie brzozowego kremu z betuliną:) I dziś zapraszam do poczytania na jego temat:)
Pojemność: 50 ml
Cena: około 24 zł
Pojemność: 50 ml
Cena: około 24 zł
Skład: krótki i naturalny!:) Lista poniżej:
woda, olej sojowy, olej jojoba, olej z pestek winogron, wosk pszczeli, betulina, stearynian sodu, kwas cytrynowy.
Krem nie zawiera konserwantów, stąd krótki termin ważności, nie znajdziecie w nim także substancji zapachowych.
A czym jest BETULINA?
To związek, który znajduje się w korze brzozy. Wykazuje bardzo ciekawe działanie, między innymi:
- chroni skórę przed czynnikami rakotwórczymi, wolnymi rodnikami, powodującymi starzenie
- wykazuje działanie przeciwwirusowe i przeciwgrzybicze
- regenerujące, szczególnie w przypadku stanów zapalnych i podrażnień, likwiduje także objawy świądu
- reguluje wydzielanie sebum
- hamuje rozwój bakterii, wywołujących trądzik
- poprawia koloryt skóry
Jak widzicie, betulina ma niesamowite działanie i każda skóra powinna ją pokochać;)
woda, olej sojowy, olej jojoba, olej z pestek winogron, wosk pszczeli, betulina, stearynian sodu, kwas cytrynowy.
Krem nie zawiera konserwantów, stąd krótki termin ważności, nie znajdziecie w nim także substancji zapachowych.
A czym jest BETULINA?
To związek, który znajduje się w korze brzozy. Wykazuje bardzo ciekawe działanie, między innymi:
- chroni skórę przed czynnikami rakotwórczymi, wolnymi rodnikami, powodującymi starzenie
- wykazuje działanie przeciwwirusowe i przeciwgrzybicze
- regenerujące, szczególnie w przypadku stanów zapalnych i podrażnień, likwiduje także objawy świądu
- reguluje wydzielanie sebum
- hamuje rozwój bakterii, wywołujących trądzik
- poprawia koloryt skóry
Jak widzicie, betulina ma niesamowite działanie i każda skóra powinna ją pokochać;)
Termin przydatności po otwarciu: 3 miesiące
Opakowanie: plastikowy słoiczek, w środku znajduje się dodatkowe ochronne wieczko
Krem jest do kupienia na stronie producenta www.sylveco.pl
Na stronie można też łatwo sprawdzić adresy sklepów stacjonarnych, które oferują kosmetyki tej marki:)
Produkt jest przeznaczony właściwie dla każdego, ale przede wszystkim dla posiadaczy skóry wrażliwej, atopowej oraz przesuszonej.
Nadaje się zarówno do stosowania na dzień, jak i na noc.
MOJE SPOSTRZEŻENIA:
Bardzo się z tym kremem polubiłam:) Jestem niemal pewna, że będzie gościł w mojej kosmetyczce również w następnym sezonie jesienno-zimowym, bo właśnie na ten okres idealnie się dla mojej mieszanej skóry nadaje:)
Krem jest mocno tłusty. Ma zwartą konsystencję masła do ciała, które dość ciężko wydobywa się ze słoiczka, jednak topi się pod wpływem ciepła palców. Niestety dość tępo nakłada się go na twarz.
Krem przede wszystkim skórę natłuszcza i koi, nawilżenie nie jest odczuwalne od razu, raczej dopiero przy regularnym stosowaniu i nie powiedziałabym, żeby było wystarczające np.dla skóry suchej, czy wręcz przesuszonej.
Początkowo używałam kremu wyłącznie na noc, co 2 dzień, czyli na zmianę z kwasowym tonikiem. Rano budziłam się z wypoczęta twarzą o jednolitym kolorycie, w dodatku zupełnie matową! Widoczne było także działanie przyspieszające regenerację skóry np. po wypryskach i zadrapaniach.
Brak problemu zatykania porów, czy innych przykrości zachęcił mnie do użycia go również cienką warstwą w pewien zimny poranek. Po lekkim wchłonięciu nałożyłam warstwę minerałów i wszystko dobrze razem zagrało, czułam też, że skóra jest dobrze chroniona przez zimnem i wiatrem. Raz na jakiś czas stosuję krem brzozowy właśnie w ten sposób.
Mimo swojej tłustej konsystencji moja skóra bardzo dobrze toleruje i "sprawnie chłonie" ten produkt.
Muszę też przyznać, że dawno nie miałam skóry w tak dobrej kondycji, ostatnio, odpukać, prawie nie pojawiają się na mojej skórze nieproszeni goście, ani żadne uczulenia. Nie wykluczam, że używanie tego kremu mi w tym pomogło :)!
Mogę mu zarzucić kiepskie opakowanie, bo mimo ochronnego wieczka, do powierzchni kremu i tak z łatwością przyczepiają się różne nitki i drobne kłaczki, co bardzo mnie denerwuje.
Moim zdaniem nie nadaje się także jako jedyny krem pielęgnacyjny na okres zimowy, bo przydałoby się dodatkowo coś o mocniejszym działaniu nawilżającym, aby ten krem wspomóc.
Konsystencja nie należy może do najłatwiejszych, ale dla mnie nie jest to jakiś znaczący minus;)
Warto spróbować takiego gotowca, jeżeli szukacie czegoś z dobrym składem na jesień i zimę:)
Znacie kosmetyki Sylveco?
Opakowanie: plastikowy słoiczek, w środku znajduje się dodatkowe ochronne wieczko
Krem jest do kupienia na stronie producenta www.sylveco.pl
Na stronie można też łatwo sprawdzić adresy sklepów stacjonarnych, które oferują kosmetyki tej marki:)
Produkt jest przeznaczony właściwie dla każdego, ale przede wszystkim dla posiadaczy skóry wrażliwej, atopowej oraz przesuszonej.
Nadaje się zarówno do stosowania na dzień, jak i na noc.
MOJE SPOSTRZEŻENIA:
Bardzo się z tym kremem polubiłam:) Jestem niemal pewna, że będzie gościł w mojej kosmetyczce również w następnym sezonie jesienno-zimowym, bo właśnie na ten okres idealnie się dla mojej mieszanej skóry nadaje:)
Krem jest mocno tłusty. Ma zwartą konsystencję masła do ciała, które dość ciężko wydobywa się ze słoiczka, jednak topi się pod wpływem ciepła palców. Niestety dość tępo nakłada się go na twarz.
Krem przede wszystkim skórę natłuszcza i koi, nawilżenie nie jest odczuwalne od razu, raczej dopiero przy regularnym stosowaniu i nie powiedziałabym, żeby było wystarczające np.dla skóry suchej, czy wręcz przesuszonej.
Początkowo używałam kremu wyłącznie na noc, co 2 dzień, czyli na zmianę z kwasowym tonikiem. Rano budziłam się z wypoczęta twarzą o jednolitym kolorycie, w dodatku zupełnie matową! Widoczne było także działanie przyspieszające regenerację skóry np. po wypryskach i zadrapaniach.
Brak problemu zatykania porów, czy innych przykrości zachęcił mnie do użycia go również cienką warstwą w pewien zimny poranek. Po lekkim wchłonięciu nałożyłam warstwę minerałów i wszystko dobrze razem zagrało, czułam też, że skóra jest dobrze chroniona przez zimnem i wiatrem. Raz na jakiś czas stosuję krem brzozowy właśnie w ten sposób.
Mimo swojej tłustej konsystencji moja skóra bardzo dobrze toleruje i "sprawnie chłonie" ten produkt.
Muszę też przyznać, że dawno nie miałam skóry w tak dobrej kondycji, ostatnio, odpukać, prawie nie pojawiają się na mojej skórze nieproszeni goście, ani żadne uczulenia. Nie wykluczam, że używanie tego kremu mi w tym pomogło :)!
Mogę mu zarzucić kiepskie opakowanie, bo mimo ochronnego wieczka, do powierzchni kremu i tak z łatwością przyczepiają się różne nitki i drobne kłaczki, co bardzo mnie denerwuje.
Moim zdaniem nie nadaje się także jako jedyny krem pielęgnacyjny na okres zimowy, bo przydałoby się dodatkowo coś o mocniejszym działaniu nawilżającym, aby ten krem wspomóc.
Konsystencja nie należy może do najłatwiejszych, ale dla mnie nie jest to jakiś znaczący minus;)
Warto spróbować takiego gotowca, jeżeli szukacie czegoś z dobrym składem na jesień i zimę:)
Znacie kosmetyki Sylveco?
wtorek, 10 grudnia 2013
Jak nakładać korektor mineralny- Earthnicity Minerals (foto)
Cześć!
Czeka Was dzisiaj dłuuuga notka;)
Wpis na temat metod nakładania podkładu mineralnego powstał już dawno temu, ale od tamtej pory jest jednym z najchętniej czytanych postów na moim blogu, co niezmiernie mnie cieszy:)
Do przeczytania TUTAJ.
Dzisiaj natomiast zapraszam Was na prezentację mojego sposobu nakładania korektora mineralnego. Skupię się na problematycznym obszarze wokół oczu, a do tej skromnej prezentacji posłuży mi kosmetyk firmy Earthinicity Minerals, która dopiero niedawno zawitała ze swoją ofertą do Polski. Ja otrzymałam do testów mini produkt w odcieniu Honey. Połączę więc ten wpis z krótką recenzją, którą zamieszczę na samym końcu:)
Na zdjęciu poniżej z moim ulubionym pędzlem do nakładania korektorów mineralnych- Inglot 7 fs
* Jak przygotować skórę przed nałożeniem korektora mineralnego?
Przede wszystkim skóra powinna być nawilżona, choć w tym wypadku najlepiej, gdyby nasz krem/żel na dzień dobrze się wchłaniał i nie pozostawiał wyczuwalnego filmu, ponieważ istnieje ryzyko, że wówczas korektor trochę się zważy i osadzi w zmarszczkach. Co prawda, najczęściej dzieje się tak zaraz po nałożeniu korektora, a po roztarciu palcem lub pędzlem kosmetyk rozkłada się już dobrze i nie migruje przez resztę dnia, ale nie zaszkodzi uważać od początku:)
* Jaki pędzelek wybrać?
![]() |
| korektor Earthinicty i pędzle Ecotools: skośny "crease" i "highlight" ze szpicem |
1. "Zanurzamy" pędzelek w korektorze i bardzo dokładnie strzepujemy jego nadmiar.
2. Bardzo delikatnie suniemy pędzlem od zewnętrznego kącika do wewnętrznego i z powrotem. Całość w międzyczasie możemy leciutko rozcierać wykonując drobne, koliste ruchy.
3. Żeby zwiększyć krycie dokładamy kolejne, cienkie warstwy tym samym sposobem. Gotowe!
Poniżej efekt PRZED i PO:
można powiększyć:)
| po lewej- nic, po prawej kilka warstw korektora mineralnego Earthnicity |
Pokażę Wam jeszcze drugie oko "zrobione" przy pomocy pędzelka Ecotools Highlight:
![]() |
| goła skóra |
Ten pędzelek ze swoją lekko "zaostrzoną" końcówką sprawdza się w docieraniu do wewnętrznego kącika oka:)
![]() |
| nakładamy |
![]() |
| kilka warstw korektora mineralnego Earthnicity odcień Honey |
Podobną metodą i z pomocą puchatego pędzla można nałożyć korektor na inne obszary twarzy, u mnie sprawdza się chociażby w okolicy skrzydełek nosa. Na pojedyncze małe zmiany raczej się nie nada, chyba, że skorzystamy z innego aplikatora.
Inne pędzle, na które moim zdaniem, warto zwrócić uwagę:
Inglot 6ss
Hakuro H67
Hakuro H64
Jeśli chodzi o popularny MAC 217 to dla mnie jest trochę zbyt płaski i sztywny.
* O samym korektorze Earthnicity słów kilka
Muszę przyznać, że mimo wielu obaw i kiepskich doświadczeniach z próbkami korektorów z Annabelle (np. przez nietrafione kolory), ten zaskoczył mnie bardzo na plus. Dlaczego?
- produkt jest niezwykle lekki, niewyczuwalny na skórze
- efekt w moim odczuciu jest tak naturalny, ze praktycznie nie widać, ze na skórze mamy jakiś kolorowy kosmetyk
- kosmetyk nie wysusza nawet bardzo wrażliwej skóry pod oczami, brak uczucia ściągnięcia
- nie podkreśla tego, czego nie chcemy ;)
- wyjątkowo pasuje mi odcień- w opakowaniu niezły z niego "żółtek", po roztarciu okazuje się, że jest bardzo jasny, ale wciąż złoto-żółty
-trwałość jest wręcz zaskakująca, korektor wygląda właściwie przez cały dzień tak samo, nie warzy się ani nie ściera
Co na minus?
- krycie mogłoby być jednak mocniejsze, z uwagi na to, że jest to korektor. Jedna warstwa w moim przypadku jest zdecydowanie niewystarczająca.
- cena, bo za słoiczek o pojemności 2,5 g trzeba zapłacić aż 54,99 zł. Aktualnie w promocji można go kupić za 49 zł.
Mam nadzieję, że post okaże się dla Was pomocny. Jak oceniacie efekt?
Chętnie poznam Wasze metody.
Jeśli znacie Earthnicity, podzielcie się swoją opinią w komentarzach i dajcie znać, jeśli polecacie inne korektory mineralne:) A może same je robicie?
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Ulubieńcy- październik i listopad 2013
Hej!
Dzisiaj będą ulubieńcy z dwóch miesięcy:)
Praktycznie sama pielęgnacja, bo z kolorówki używałam wielu rożnych kosmetyków i żadnego nie umiem wyróżnić, poza jednym, o którym niżej:)
W związku z tym od kolorówki zacznę:
Kółko korektorów do twarzy firmy Wibo kupiłam w Rossmanie za około 14 zł.
Jestem z tego produktu bardzo zadowolona. Korektory mają bardzo przyjemną konsystencję- kremową, ale jednocześnie lekką, po nałożeniu robią się bardziej satynowe. Świetnie się z moją skórą stapiają i kryją to, co trzeba. Kolory w opakowaniu wydają się ciemne i nienaturalne, ale znacznie lepiej prezentują się rozprowadzone na twarzy. Ciemny beż okazał się niemal idealny dla mojej cery, co zresztą widać na zdjęciu poniżej.
Ktoś chętny na bardziej obszerną recenzję?:)
Następne w kolejce będą dwa kremowe myjadła Ziaja, których używałam namiętnie przez ostatnie dwa miesiące. Mam dwie wersje- z jedwabiem i z kaszmirem. Obie są fantastyczne:)!
Za butlę o pojemności 500 ml przyjdzie nam zapłacić około 7-8 zł.
Wszystko zaczęło się od próbki mydła kaszmirowego, która była dołączona do jakiegoś czasopisma. Kilka dni później udało się dorwać pełnowymiarową wersję w aptece:)
Kolejną butelkę otrzymałam w prezencie urodzinowym od pewnego Dobrego Duszka, który nawet nie wiedział, że jestem taką fanką kaszmirowej wersji:)
Przede wszystkim mydła obłędnie pachną! Bardzo kobieco, leciutko orientalnie. Jak woda perfumowana dla kobiet, nie wiem, jak to dobrze ująć ;)
Na uwagę zasługuje także fakt, że mydła zawierają glicerynę, więc mają świetną konsystencję (taki śliski, "perłowy" krem) i nie wysuszają skóry. Używanie ich to naprawdę czysta przyjemność!
Tę mgiełkę chłodzącą z Beauty Formulas znalazłam na półce w Superpharm. Kosztowała tylko 5 zł:)!
Niby woda w psikaczu, ale sprawdza się wyśmienicie jako tańszy zastępca wody termalnej, szczególnie jeśli musimy spryskiwać zasychające na twarzy maski. Czasem szkoda nam zużywać termalkę do tego celu;)
Uczucie chłodu jest bardzo przyjemne, a mgiełka jest rzeczywiście mgiełką- bardzo dobry dozownik:)
Producent obiecuje także nawilżenie, o dziwo coś w tym może jest, bo skóra nie cierpi z powodu ściągnięcia po użyciu, wręcz przeciwnie.
Woda miała być bezzapachowa, ale ja po rozpyleniu czuję jednak delikatny zapach... jakby męskiego dezodorantu? ;)
W każdym razie za piątaka jest bardzo fajna!
Na koniec kilka słów o kremie, który stosowałam ostatnio bardzo regularnie. Jest to kosmetyk marki Sylveco- krem brzozowy z betuliną, który wygrałam w rozdaniu u ekocentryczki- KLIK .
Produkt jest dedykowany osobom ze skóra wrażliwą, przesuszoną i atopową. Ja jestem raczej z tych mieszanych, ale objawy atopii nie są mi obce, jak również sezonowe przesuszenia.
Bardzo jestem szczęśliwa, że w końcu mogłam wypróbować jakiś produkt tej firmy:)
Szczerze mówiąc, ten krem to takie trochę dziwadło- jest bardzo gęsty i tłusty, aż ciężko wybrać go z opakowania. Bardziej natłuszcza niż nawilża, ale przy cieniutkiej warstwie potrafi nieźle się wchłonąć. Ale jego największą zaletą jest wyrównanie kolorytu cery. Jeśli użyję go wieczorem, rano budzę się z jednolitą i ukojoną skórą, która nie jest ani przetłuszczona, ani wysuszona.
Myślę, że po wykończeniu tego, co mam, zamówię go sobie:)!
Jeśli jesteście zainteresowani/ane, mogę poświęcić mu także osobną notkę:)
Jacy byli Wasi faworyci ostatnich miesięcy?
Dzisiaj będą ulubieńcy z dwóch miesięcy:)
Praktycznie sama pielęgnacja, bo z kolorówki używałam wielu rożnych kosmetyków i żadnego nie umiem wyróżnić, poza jednym, o którym niżej:)
W związku z tym od kolorówki zacznę:
Kółko korektorów do twarzy firmy Wibo kupiłam w Rossmanie za około 14 zł.
Jestem z tego produktu bardzo zadowolona. Korektory mają bardzo przyjemną konsystencję- kremową, ale jednocześnie lekką, po nałożeniu robią się bardziej satynowe. Świetnie się z moją skórą stapiają i kryją to, co trzeba. Kolory w opakowaniu wydają się ciemne i nienaturalne, ale znacznie lepiej prezentują się rozprowadzone na twarzy. Ciemny beż okazał się niemal idealny dla mojej cery, co zresztą widać na zdjęciu poniżej.
![]() |
| korektory nałożone grubą warstwą:) |
Następne w kolejce będą dwa kremowe myjadła Ziaja, których używałam namiętnie przez ostatnie dwa miesiące. Mam dwie wersje- z jedwabiem i z kaszmirem. Obie są fantastyczne:)!
Za butlę o pojemności 500 ml przyjdzie nam zapłacić około 7-8 zł.
Wszystko zaczęło się od próbki mydła kaszmirowego, która była dołączona do jakiegoś czasopisma. Kilka dni później udało się dorwać pełnowymiarową wersję w aptece:)
Kolejną butelkę otrzymałam w prezencie urodzinowym od pewnego Dobrego Duszka, który nawet nie wiedział, że jestem taką fanką kaszmirowej wersji:)
Przede wszystkim mydła obłędnie pachną! Bardzo kobieco, leciutko orientalnie. Jak woda perfumowana dla kobiet, nie wiem, jak to dobrze ująć ;)
Na uwagę zasługuje także fakt, że mydła zawierają glicerynę, więc mają świetną konsystencję (taki śliski, "perłowy" krem) i nie wysuszają skóry. Używanie ich to naprawdę czysta przyjemność!
Tę mgiełkę chłodzącą z Beauty Formulas znalazłam na półce w Superpharm. Kosztowała tylko 5 zł:)!
Niby woda w psikaczu, ale sprawdza się wyśmienicie jako tańszy zastępca wody termalnej, szczególnie jeśli musimy spryskiwać zasychające na twarzy maski. Czasem szkoda nam zużywać termalkę do tego celu;)
Uczucie chłodu jest bardzo przyjemne, a mgiełka jest rzeczywiście mgiełką- bardzo dobry dozownik:)
Producent obiecuje także nawilżenie, o dziwo coś w tym może jest, bo skóra nie cierpi z powodu ściągnięcia po użyciu, wręcz przeciwnie.
Woda miała być bezzapachowa, ale ja po rozpyleniu czuję jednak delikatny zapach... jakby męskiego dezodorantu? ;)
W każdym razie za piątaka jest bardzo fajna!
Na koniec kilka słów o kremie, który stosowałam ostatnio bardzo regularnie. Jest to kosmetyk marki Sylveco- krem brzozowy z betuliną, który wygrałam w rozdaniu u ekocentryczki- KLIK .
Produkt jest dedykowany osobom ze skóra wrażliwą, przesuszoną i atopową. Ja jestem raczej z tych mieszanych, ale objawy atopii nie są mi obce, jak również sezonowe przesuszenia.
Bardzo jestem szczęśliwa, że w końcu mogłam wypróbować jakiś produkt tej firmy:)
Szczerze mówiąc, ten krem to takie trochę dziwadło- jest bardzo gęsty i tłusty, aż ciężko wybrać go z opakowania. Bardziej natłuszcza niż nawilża, ale przy cieniutkiej warstwie potrafi nieźle się wchłonąć. Ale jego największą zaletą jest wyrównanie kolorytu cery. Jeśli użyję go wieczorem, rano budzę się z jednolitą i ukojoną skórą, która nie jest ani przetłuszczona, ani wysuszona.
Myślę, że po wykończeniu tego, co mam, zamówię go sobie:)!
Jeśli jesteście zainteresowani/ane, mogę poświęcić mu także osobną notkę:)
Jacy byli Wasi faworyci ostatnich miesięcy?
sobota, 23 listopada 2013
Korektor w płynie 2 w 1 Eveline Art Scenic
Mam nadzieję, że ktoś jeszcze do mnie pamięta, bo wracam do Was dzisiaj z postem kolorówkowym:)!
W najbliższym czasie będzie można u mnie przeczytać o kilku różnych korektorach. Dzisiaj biorę na tapetę popularny i bardzo chwalony korektor w płynie polskiej marki Eveline:) Zapraszam!
Korektor dostępny jest wszędzie tam, gdzie znajdują się szafy Eveline. Ja swój kupiłam w drogerii Jasmin za 13 zł z groszami.
Pojemność to 7 ml
Opakowanie z gąbkowym aplikatorem, jak w błyszczykach
Kosmetyk jest dostępny w 3 odcieniach. Mój to środkowy 05 NUDE. Pozostałe dwa wydają mi się również bardzo trafione. Jaśniejszy powinien spodobać się bladziochom.
* Producent oczywiście obiecuje nam bardzo wiele:
-idealne krycie niedoskonałości
- efekt nieskazitelnej i promiennej cery
- niezawodną trwałość
Korektor ma dodatkowo zawierać mineralne pigmenty rozświetlające (obiecane 2 w 1 - krycie i rozświetlenie;) ). Brak w nim natomiast substancji zapachowych.
Generalnie na opakowaniu jest aż gęsto od napisów i obietnic, czego ja osobiście nie znoszę.
* A jak się spisuje korektor Eveline w praktyce?:)
Produkt ma według mnie dwie podstawowe zalety:
- dobre krycie
-dobrą trwałość
Dodatkowo nadaje się zarówno pod oczy jak i na niedoskonałości cery. Pod oczami skóry nie wysusza ani nie przeciąża oraz raczej nie włazi w zmarszczki, a jeśli to robi to tylko w nieliczne i to zaraz po nałożeniu, co można błyskawicznie naprawić, czyli rozetrzeć palcem. Później nigdzie nie wędruje i ani nie zbiera. Na skórze reszty twarzy prezentuje się dobrze, nie podkreśla suchych miejsc.
Zaraz po nałożeniu oczywiście odrobinę się utlenia i minimalnie ciemnieje, ale wklepany dobrze łączy się z odcieniem mojej cery.
Poniżej możecie zobaczyć efekt lekkiego utlenienia (2 foto) oraz oczywiście właściwości kryjące kosmetyku:
![]() |
| "gołe" oko ;) |
![]() |
| korektor Eveline art scenic 05 nude |
![]() |
| z wklepanym korektorem Eveline art scenic 05 nude |
To, czego ten korektor na pewno nie robi to rozświetlenie.
W ogóle nie widzę tego efektu prawdę mówiąc;)
Jeszcze jedną wadą jest fakt, że rozcieranie kosmetyku w jakimś stopniu osłabia jego krycie, zdecydowanie jest to korektor, który należy wklepywać.
Jak za tę cenę, uważam, że warto spróbować. Efekt jest naturalny, trwały i bardzo mi się podoba.
Jeśli znacie ten produkt, podzielcie się opinią w komentarzu.
Wybaczcie również zdjęcia kiepskiej jakości, niestety warunki pogodowe bardzo utrudniają fotografowanie.
Pozdrowienia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























