niedziela, 25 sierpnia 2013

Masła z The Body Shop- moja opinia

Cześć:)

Lubię The Body Shop za całkiem dobrą jakość i zapachy. Nie lubię ich jednak za ceny, którą są w moim odczuciu zdecydowanie za wysokie.

Zwykłe olejki zapachowe do kominków kosztują u nich 19 zł za sztukę, a to jest naprawdę bardzo dużo, mimo że za nimi przepadam i uważam, że są świetnej jakości. Więcej na ich temat TUTAJ

Z kolei masła do ciała należą chyba do najpopularniejszych kosmetyków z tej firmy i są chętnie kupowane przez klientki. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam cenę pełnowymiarowego produkty byłam nieco zszokowana- 65 zł/ 200 ml.  W promocji można je czasem dostać za pół ceny. W sprzedaży są także dostępne opakowania o pojemności 50 ml- w regularnej sprzedaży kosztują około 20 zł.



Swoje trzy opakowania (po 50 ml) dostałam w prezencie i bardzo się cieszę, że miałam okazję je przetestować. Posiadam wersję kokosową skóra sucha i normalna),
wersję z masłem shea (skóra bardzo sucha)
oraz oliwkowe (skóra normalna oraz sucha).

Muszę zaznaczyć, że na ciele mam skórę normalną, ale borykam się co jakiś czas z okresowym przesuszeniem, np. na łydkach, dłoniach i stopach.  Balsamy, czy masła zużywam więc bardzo wolno, bo nie są u mnie musem po każdej kąpieli.

Używałam już różnych kosmetyków do ciała w postaci masła (ziaja, farmona, bielenda i właśnie TBS). Spodziewałam, się, że te z The Body Shop są zwyczajnie przereklamowane i ich działanie będzie podobne do innych produktów tego typu, a jednak myliłam się.

* SKŁADY:

Wszystkie trzy wersje posiadają w składzie masło shea- bardzo wysoko:) 
Dodatkowo w oliwkowym jest oczywiście oliwa z oliwek oraz masło kakaowe, w wariancie kokosowym znajdziemy olej kokosowy + masło kakaowe, w Shea Body Butter, oprócz masła karite jest także masło kakaowe.
Poza tym w składach znajdziemy również inne oleje, silikon i glicerynę, a z gorszych rzeczy np. parabeny.

* DZIAŁANIE, KONSYSTENCJA, ZAPACH:

Jestem bardzo zadowolona z działania każdego z nich- wszystkie świetnie i przede wszystkim długotrwale nawilżają. Bardzo podoba mi się również konsystencja masełek- jest bardzo kremowa i przyjemnie się rozprowadza. Kosmetyk jest wyczuwalny na skórze przez wiele godzin, ale wrażenie nie przypomina tłustego, lepkiego filmu :)
Rzeczywiście najlepiej natłuszcza wersja Shea Body Butter, u mnie sprawdza się idealnie na dłonie oraz stopy.
Zapachy są oczywiście kwestią indywidualną, ale mi bardzo przypadły do gustu, szczególnie wersja oliwkowa, która przypomina mi zapach świeżo skoszonej trawy.
Masło kokosowe pachnie słodko i przypomina tropikalny deser. Wersja shea dla bardzo suchej skóry pachnie najbardziej neutralnie, wyczuwalna jest nuta masła kakaowego. Jestem ciekawa innych zapachów:)

* PODSUMOWUJĄC ^^

Jeżeli będę miała okazję kupić takie masło w promocji za pół ceny- na pewno to zrobię, bo według mnie działają lepiej niż niejeden sklepowy balsam i wygodnie będzie mieć jedno pudełeczko pod ręką. Myślę, że warto na nie wydać 20-30 zł, jednak regularna cena 65 zł jest dla mnie raczej nie do przyjęcia:).
Zdarza mi się w domowych warunkach przygotowywać krem do ciała o podobnym działaniu- na bazie oleju kokosowego i masła kakaowego lub shea, ale nie zawsze mam wszystkie składniki na stanie, więc opakowanie gotowego masła jest czasem dobrym rozwiązaniem;)


Chętnie poznam Waszą opinię, jeżeli testowałyście masła z The Body Shop. Macie ulubione zapachy?:)




sobota, 17 sierpnia 2013

10 świetnych produktów za 10 zł i mniej

Cześć wszystkim:)!

Do napisania tego posta zainspirowała mnie TA konkretnie notka u Joasi z facehairbodycare. Zerknijcie koniecznie:)
A teraz zapraszam do przeczytania, co ja uwzględniłam w swoim zbiorze pt." kosmetyki z niskiej półki cenowej, ale zdecydowanie godne uwagi" :)


1. Chusteczki do demakijażu Alterra



O tych chusteczkach napisałam nawet osobnego posta, bo tak bardzo je polubiłam:) do przeczytania TUTAJ Nie podrażniają, jako jedne z nielicznych, wśród tych, z  którymi miałam do czynienia, a jeśli chodzi o oczyszczanie skóry z zabrudzeń i makijażu- radzą sobie naprawdę dobrze. Nadają się nie tylko do skóry twarzy, uważam, że zawsze warto mieć je pod ręką!

Cena: ok. 4 zł. Do kupienia w Rossmannie 

2. Biała glinka anapska ze srebrem



Popularne ostatnio glinki rosyjskie podbijają blogosferę, ale szczerze mówiąc, nie dziwię się temu:)
Glinka anapska to moje stosunkowo najnowsze odkrycie. Przebiła u mnie zwykłą białą glinkę, bo na moje oko, działanie anapskiej jest po prostu lepsze. Sprawdza się jako maseczka przed wyjściem, bo poprawia koloryt i bardzo delikatnie złuszcza cerę.
Można z niej robić także maski na skórę głowy, bo podobno ma działanie przeciwłupieżowe i stymuluje porost włosów, ale jeszcze jej w ten sposób nie testowałam:)
Proszek ma lekko szary kolor, po wymieszaniu z wodą glina staje się niebieska i bardzo mi się to podoba;)
Może z czasem pokuszę się o jakąś szerszą recenzję.

Cena: przykładowo 100 g glinki z sklepie internetowym triny.pl  kosztuje 8 zł

3. Kallos Latte



Ta niepozorna maska okazała się dla moich włosów strzałem w 10! Nie wiem, co takiego w dość ubogim składzie sprawia, że moje włosy tak bardzo się z Kallosem polubiły;) Niezwykle je wygładza, zmiękcza oraz zdecydowanie ułatwia rozczesywanie. Jest  też wydajna. Pachnie bardzo słodko, ale intensywnie.

Cena: takie opakowanie jak na zdjęciu kupicie w Hebe za koło 6 zł. Dostępne także w sieci.

4. Popiół wulkaniczny



Odkąd go poznałam- kupuję regularnie i z pełną świadomością oświadczam, że nie ma i nie było lepszego peelingu do twarzy od popiołu wulkanicznego!:) Jemu również poświęciłam osobny wpis:KLIK .
Popiół wymieszany z żelem do twarzy lub żelem hialuronowym tworzy kosmetyk o właściwościach silnie ścierających, ale nie podrażnia skóry!
Nadaje się także do stóp i reszty ciała.
Cudeńko!

Cena: 20 gramów popiołu kosztuje w sklepie naturalne-piekno 7,20 zł. Jest dostępny także w innych sklepach internetowych.

5. Kosmetyki z serii Babydream




Któż nie zna dziecięcej serii z Rossmana?:) Znane są wszechstronne żele do mycia w wielkich butlach, oliwki i szampon. Wszystko w cenach poniżej 10 zł.
Na zdjęciu znajduje się akurat talk, którym zdarza mi się pudrować pachy oraz stopy w ciągu dnia;) oraz kremowy żel do kąpieli i pod prysznic z aloesem, którego ja używam także do mycia swoich przesuszonych łapsk oraz do mycia pędzli ^^ Aloesu ma w składzie tyle, co kot napłakał (ostatnia pozycja na liście), ale konsystencja jest idealnie kremowa i mycie nim to czysta przyjemność:)
Wszystkie kosmetyki z tej serii są bardzo łagodne i nadają się do stosowania od stóp do głów i za to je uwielbiam!

Cena: Kremowy żel do mycia z aloesem 7,90 zł, do kupienia w Rossmanach.

6. Lakiery Bell z kolekcji Glam Wear




Dla mnie seria lakierów Glam Wear od Bell jest bezkonkurencyjna. Mają świetne kolory (teraz także piękne nude!), nie robią smug i idealnie kryją (można wyjść nawet z jedną warstwą). Pędzelek jest spory, ale bardzo ułatwia aplikację. Do tego schną najszybciej ze wszystkich znanych mi lakierów i trzymają się najdłużej:)
Popularne lakiery z Wibo także bardzo lubię, ale według mnie, Bell są jeszcze lepsze jakościowo.

Cena: waha się od 9 do 11 zł. Można dostać je np. w Jasmin, Hebe, niektórych Natrach.

7. Tusze Wibo/ Lovely

Nie mam w tym miejscu do pokazania żadnego tuszu z tej firmy, ale miałam ich kilka i ze wszystkich byłam zadowolona. Uwielbiam różowy Extreme lashes i zielony Growing lashes.
Zerknijcie pod podane linki, gdzie znajdziecie ich recenzje na portalu wizaz.pl

Cena: 9-10 zł. Rossmann

8. Zioła



Nie byłabym chyba sobą, żebym o ziołach nie wspomniała:)
Co to dużo mówić- za kilka złotych kupimy w sklepie zielarskim, lub w aptece prawdziwe skarby, które mogą niesamowicie polepszyć kondycję np. naszych włosów. Z ziół można robić wzmacniające wcierki, nabłyszczające płukanki, a toniki  i mgiełki do twarzy i inne. Przepisy znajdziecie chociażby je na tym blogu.

Szeroki wybór ziół dostępny jest w Zielarni Lawenda

9. Kosmetyczne olejki eteryczne



Olejki eteryczne, poza tym, ze pięknie pachną, mają również wiele zastosowań. Wybrane można wkraplać np. do maseczek oczyszczających, lub dodawać do szamponów, masek i kremów. Każdy ma nieco inne działanie. Trzeba też uważać, bo mogą podrażnić osoby o wrażliwej cerze. Niektóre np. pichtowy, lub z drzewa herbacianego dostaniecie w aptece. Inne np. TUTAJ

10. Chusteczki samoopalające Sun Ozon z Rossmana


Chusteczki są bardzo mocno nasączone i trzeba nauczyć się ich obsługi- kluczem jest szybkie roztarcie płynu na skórze, inaczej smugi gwarantowane. Za to efekt jest świetny- skóra nabiera brązowego koloru w kilka godzin. Używam ich szczególnie chętnie przed jakimś wyjściem- do całego ciała i do twarzy, nie podrażniają skóry, nie mam potem wysypu. Zapach typowy dla samoopalaczy, ale ja używam na noc.
Nie brudzi ubrań, piżamy, bo płyn wchłania się błyskawicznie. Spośród wszystkich znanych mi samoopalaczy, ten daje chyba najbardziej brązowy odcień opalenizny.

Cena: 2,49 zł za 2 sztuki po 7 ml


To już są wszystkie produkty, którymi chciałam się z Wami podzielić, choć pewnie po namyśle zebrałabym jeszcze inne, ciekawe rzeczy. Może powstanie kiedyś druga część tej notki?

Teraz Wasza kolej- zapraszam do komentowania:)!

środa, 14 sierpnia 2013

Pourlopowo- domowe maceraty:)

Cześć:)
MACERATY od lewej : liście szałwii, kwiaty dziewanny, płatki dzikiej róży



  Jedną z zalet spędzania wakacji na łonie natury jest dostęp do wielu wspaniałych roślin, które możemy potem wykorzystać w kuchni oraz pielęgnacji. W tym roku miałam to szczęście, że znalazłam, między innymi, krzew dzikiej róży, rosnący z dala od ruchliwych ulic i miasta.

Postanowiłam przygotować kilka maceratów, czyli "wyciągów olejowych" na bazie dość neutralnego oleju z pestek winogron, który można kupić w sklepie spożywczym.

  Wykonanie takich maceratów jest latem naprawdę bardzo proste i wcale nie wymaga wiele wysiłku:) 
Musimy przygotować sobie pusty i czysty słoiczek, do którego wrzucamy zerwane i przebrane rośliny. Możliwości jest cała masa! Ja zdecydowałam się na liście szałwii, kwiatki dziewanny oraz płatki dzikiej róży. Zerwane rośliny zalewamy olejem i nie musi być to wcale olej z pestek winogron, może być inny neutralny olej, np. jojoba świetnie się do tego nadaje.
Rośliny możemy wcześniej lekko rozgnieść.
Oleju dodajemy tyle, żeby przykrył nasze zioła. Trzeba uważać, żeby wszystkie części były pokryte, bo inaczej może pojawić się pleśń.
Następnie słoiczki zakręcamy i umieszczamy w dobrze nasłonecznionym miejscu na okres od 1 tygodnia do 2. Codziennie lekko potrząsamy słoiczki, żeby zmieszać zawartość:) Na koniec trzeba wszystko przecedzić i przechowywać w ciemnym miejscu.

Na zużycie mamy 6-8 miesięcy, bo niestety nie są zbyt trwałe.

Gotowe maceraty możemy wykorzystać do sporządzenia domowego kremu, lub serum, albo nawet stosować solo na skórę, albo włosy.

* Na bazie dzikiej róży znajdziemy w sklepach mnóstwo kosmetyków, np. kremów przeciwstarzeniowych. Wszelkie kosmetyki na bazie róży nadają się dla wrażliwców i mi osobiście bardzo służą, dlatego swój macerat także planuję zużyć do pielęgnacji twarzy. Do tej pory stosowałam olej z owoców dzikiej róży i uważam, że to jest olej-geniusz:)! Błyskawicznie rozświetla skórę:)

* Dziewanna również ma działanie przeciwzmarszczkowe, a także odkażające, wygładzające i powlekające, ale nigdy wcześniej nie miałam z nią do czynienia. Myślę, że moim wyciągiem wzbogacę jakieś domowe serum oraz będę używała go na włosy, bo dziewanna wykazuje również działanie rozjaśniające kosmyki i podejrzewam, że w ogóle może mieć działanie podobne do ukochanej lipy:)

* Szałwii pewnie nikomu przedstawiać nie trzeba- znane jest jej działanie przeciwłupieżowe i wzmacniające wypadające włosy, dlatego myślę, że nada się do wcierania w skórę głowy. 
Pomaga także przy kłopotach z jej przetłuszczaniem się, ale może lekko przyciemniać czuprynę.
 Jest także idealnym dodatkiem do pielęgnacji skóry tłustej i trądzikowej ze względu na działanie przeciwzapalne, ściągające i bakteriobójcze.

Moje maceraty stoją na balkonie już od kilku dni i olej już zmienił kolor, wygląda teraz zupełnie inaczej, niż na początku:) W słoiczku z dziewanną nabiera pięknego, bursztynowego koloru:)

Dokładnie w ten sam sposób możecie przyrządzić aromatyzowaną oliwę, na przykład na bazie oliwy z oliwek i wybranych ziół.  Potem jest jak znalazł do wielu potraw:)

Jeżeli macie doświadczenie z domowymi maceratami to z przyjemnością o nich przeczytam. A może same nabrałyście ochoty na przygotowanie swoich wyciągów olejowych?

Pozdrawiam!




sobota, 27 lipca 2013

Naturalny dezodorant SANOFLORE- jak się sprawdza latem i nie tylko? :)

   Hej,


  Bohaterką dzisiejszego posta jest kulka ^^ Dokładniej dezodorant w kulce marki Sanoflore, który kupiłam pod wpływem jednej z Was:)
Gurmetka wspomniała kiedyś w komentarzu, że jest z niego zadowolona, a ponieważ skład prezentował się bardzo obiecująco, w końcu zdecydowałam się go kupić:)

  50 ml produktu kosztuje 29 zł, można go dostać w sieci aptek Superpharm. Bywają na niego promocje. Jeśli wiecie, gdzie jeszcze znajduje się szafa Sanoflore, dajcie znać w komentarzu:)!
   Od jakiegoś czasu sporo się słyszy na temat szkodliwości aluminium, zawartego w dezodorantach. Zdania na temat tego, czy rzeczywiście może mieć szkodliwe działanie (między innymi kancerogenne), są oczywiście podzielone.
 Ja jednak wolałabym nie ryzykować, biorąc pod uwagę, że dezodorantu używamy dzień w dzień, niemal przez całe życie.
Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

  Przez dłuższy czas stosowałam ałun, który radził sobie całkiem dobrze, jednak po pierwsze- forma kryształu nie za bardzo mi odpowiadała, a po drugie- on również nie jest od aluminium całkowicie wolny;) Sama oczywiście nie jestem w stanie wyłożyć Wam tutaj, co i jak, ale odsyłam do superciekawego artykułu na ten temat- KLIK
Resztki kryształu, który bez przerwy mi się kruszy <grrrr>, zużywam do pocierania miejsc po ukąszeniach, bo fantastycznie pomaga uporać się ze swędzeniem.

Taaak, rozpisałam się, a teraz do rzeczy!

   Z dezodorantu Sanoflore jestem bardzo zadowolona, szczególnie po kiepskich przejściach z jego naturalnym kolegą z Alterry.
Trzeba oczywiście pamiętać, że to nie jest antyperspirant, czy bloker, więc kosmetyk ten niespecjalnie ogranicza wydzielanie potu. W naprawdę upalne, albo stresujące dni wspomagam się dodatkowo pudrem dla dzieci. Używam odrobiny na skórę, już po użyciu dezodorantu. W razie potrzeby ponawiam aplikację w ciągu dnia. Osobiście polecam tani i dobry talk Babydream z Rossmana. W duecie z kulką Sanoflore jest naprawdę niezawodny i gwarantuje komfort przez cały dzień - sucho i ani odrobiny woni potu^^

 Jeśli chodzi o dezodorant sam w sobie to widzę w nim więcej plusów, ale zacznę od mniej przyjemnej części, czyli od kilku wad:

- dość niewielka pojemność za wysoką cenę 50 ml/ około 29 zł
- szybko się zużywa
- długo schnie

A teraz to, co najważniejsze:

+ ochrona przed przykrym zapachem- naprawdę bardzo dobra!
+ nie brudzi ubrań, a nawet jeżeli coś się lekko upecka- bez trudu schodzi z odzieży:)
+ przyjemny, lekko ziołowy zapach
+ bardzo porządne opakowanie, kulka się nie zacina, kosmetyk się nie wylewa
+ naturalny skład- przeważają naturalne olejki eteryczne (antybakteryjne działanie). Nie znajdziecie tutaj alkoholu, parabenów, ani soli aluminium.
+ posiada certyfikat ECOCERT

  Jestem pewna, że kupię go ponownie, bo bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a muszę przyznać, że podchodziłam z lekką obawą do naturalnych dezodorantów. Zamierzam jednak przetestować jeszcze kilka produktów z tej samej kategorii, bo jestem ciekawa, jak wypadną na tle Sanoflore.

Jeśli znacie jakieś inne naturalne dezodoranty to bardzo proszę, napiszcie o nich :)!


wtorek, 23 lipca 2013

Próbki z Annabelle Minerals- róże i korektor


Hej:)
Wracam do Was i do blogowania po niemałej przerwie, a na pierwszy ogień idzie post z prezentacją próbek mineralnych kosmetyków z Annabelle Minerals. Tym razem nie będą to podkłady, a dwa odcienie różu i jeden korektor.
Zapraszam:)!

Próbki można zamówić na stronie internetowej: KLIKNIJ
1 g wybranego kosmetyku kosztuje 7,50 zł.

Przy takiej wydajności, cena nie wydaje mi się zbyt wysoka. Jeżeli natomiast zrobicie zamówienie na kilka próbek, lub na pełnowymiarowy produkt, jeden losowy słoiczek dostaniecie w prezencie. Tym sposobem uzbierało mi się już sporo próbek podkładów w różnych dziwnych kolorach;)




KOREKTOR
Jak widzicie, korektor w odcieniu Dark to w rzeczywistości dość jasny beż. Niekoniecznie ciepły, jak sugerowałoby zdjęcie, raczej dość neutralny. Używałam go trochę pod oczy, czasami także na przebarwienia, ale nie został moim ulubieńcem. Zapewnia tylko troszkę lepsze krycie od podkładów z tej marki, ale jest dość suchy i tępy w konsystencji. Problemem jest także jego kolor- w małej ilości za jasny, a nałożony grubszą warstwą zaczyna ciemnieć i wychodzi z niego różowawy pigment.
Dla mnie zbędna rzecz, wolę w problematycznych miejscach nałożyć parę warstw dopasowanego do mnie podkładu :)

RÓŻ ROSE


Powyższe zdjęcie może nawet lepiej oddaje ten ciekawy kolor. Rose jest dość jasny, sam w sobie lekko chłodny, jednak przy moim typie cery, wyraźnie się ociepla, po nałożeniu na skórę.  Myślę, że będzie się prezentował ładnie na każdej karnacji.
 Efekt, jaki róż pozostawia na twarzy, jest bardzo dziewczęcy i matowy. Łatwo się go dozuje, nakłada oraz rozciera.
Zdecydowanie polubiłam Rose i uważam, że próbkę można zamawiać w ciemno:)

RÓŻ HONEY



Być może są dziewczyny, którym pasują róże w odcieniach brązu i które dobrze się w takich czują, ale ja zdecydowanie do takich nie należę;) Dla mnie Honey to raczej typowy kosmetyk brązujący i w tej roli sprawuje się całkiem dobrze. Odcień jest zdecydowanie ciepły i przypomina naturalną opaleniznę, przynajmniej u mnie;)
Nie jestem na ogół przekonana do bronzerów w postaci sypkiej, wydaje mi się, że łatwo narobić sobie nimi nieestetycznych plam. Ten kosmetyk także nie jest wyjątkiem- nietrudno zrobić sobie nim placki, bo czasem nie wiem, jak i ile nabrać go na pędzel. Ten produkt ma jednak pewną przewagę nad swoimi "kolegami" z tej samej kategorii- naprawdę dobrze się go rozciera. Efekt jest naturalny i muszę przyznać, że Honey przypadł mi do gustu.

Cechą wspólną wszystkich trzech próbek z annabelle jest ich zaskakująca TRWAŁOŚĆ na skórze. Wyglądają świeżo i ładnie właściwie przez cały dzień i nie wycierają się w taki paskudny sposób, jak np. niektóre bronzery:)

Nie skuszę się raczej na wersje pełnowymiarowe, bo próbki są tak wydajne, że wolę raz na jakiś czas zamówić zestaw kilku nowych kolorów:)

Pozdrawiam i rozpoczynam rundkę po Waszych blogach oraz nadrabianie zaległości:)



sobota, 15 czerwca 2013

WŁOSY- moja alternatywa dla silikonów, czyli płukanka nagietkowa:)

Witajcie:)!

    W ostatnim czasie nie narzekam specjalnie na swoje włosy. Zazwyczaj moim największym problemem jest plątanie, a później rozczesywanie drobnych supełków, które tworzą się na długości.
Sprawa nie jest prosta do opanowania, bo jak już wielokrotnie wspominałam, w swojej pielęgnacji staram się unikać produktów, które zawierają silikony. Jakiś czas temu odstawiłam nawet szampon, w którym na liście składników dopatrzyłam się jakiejś pochodnej silikonu. Wiem, że to dość kontrowersyjne podejście do tematu, ale powiedzmy, że taki postawiłam sobie cel- moje włosy będą gładkie bez ich stosowania;)



 
  W związku z tym, szukałam i nadal szukam, jakiegoś ciekawego i w miarę naturalnego zastępstwa dla silikonów. Jeśli czytałyście moje wcześniejsze wpisy, poświęcone tematyce "włosowej", to wiecie, że jestem ogromną zwolenniczką płukanek. W dużej mierze to one są odpowiedzialne za to, jak prezentuje się moja czupryna, chociaż do ideału pewnie nadal daleko;)
Traktuję je trochę jak odżywki bez spłukiwania. Czasami stosuję czyste ziołowe napary, innym razem dorzucam do nich różne półprodukty, miód itp.

Tutaj znajdziecie poprzednie notki:

płukanka na wzmocnienie

płukanka nabłyszczająco-zmiękczająca

płukanka na problemy z przetłuszczaniem

Natomiast przez ostatnie miesiące intensywnie sprawdzałam na sobie działanie płukanki z suszonych  kwiatów nagietka:) 20 g płatków kupiłam w sklepie internetowym Zrób Sobie Krem za 4,70 zł.
Taka ilość starcza na baaardzo baaardzo długo. Ja swojej porcji wciąż nie mogę zużyć, a płukankę stosuję praktycznie co mycie:)



Przygotowanie naparu jest banalnie proste:

kopiastą łyżkę płatków nagietka zalewam około 0,5 litra wrzątku. Miksturę przykrywam na jakieś 20 minut i odcedzam, a potem stosuję jako ostatnie płukanie po myciu włosów i spłukaniu odżywki.
Płatki rozwijają się w wodzie, nie problemu z odcedzeniem jakichś drobnych resztek itp. :)

Powstały napar ma słomkowy kolor i niemal niewyczuwalny zapach.



Przy przepłukiwaniu włosów naparem możemy mieć wrażenie, że używamy do tego zwykłej wody, ale chwilę później widać efekty:)

O jakich efektach mowa i dlaczego uważam, że płukanka  zastępuje mi silikony ;) ?

* w dotyku odczuwam znaczne wygładzenie, jakby włosy zostały powleczone lekką warstewką ochronną
* znacznie dłużej schną i mam wrażenie, że dłużej utrzymują nawilżenie?
* dużo łatwiej je rozczesać
* są zdecydowanie bardziej podatne na układanie. Nawet moje proste druty zaczynają się lekko falować po kilkugodzinnym noszeniu koczka. Jeśli mam je rozpuszczone, to po płukance są jeszcze bardziej proste, o ile to możliwe;), po prostu zero puchu.

Płukanka z płatków nagietka jest polecana do włosów o ciepłym odcieniu. Moim zdaniem, sama w sobie nie pogłębia miodowych refleksów, ona raczej podkreśla naturalny kolor włosów. Nie ma się co obawiać, że nagle nabierzemy np. rudego poblasku (u mnie akurat całkiem pożądanego), do tego celu trzeba by było użyć raczej odwaru. Moje jasne włosy nabierają po takim zabiegu wzmożonego złocistego połysku, kilka razy usłyszałam nawet, że mam "świecące" końcówki;) To właśnie zasługa nagietka.

Żeby jednak pogłębić mój kolor włosów czasami do płukanki dodaję szczyptę ekstraktu ze skórki granatu, świetnie się w tej roli sprawdza:)

Poza tym, przy regularnym płukaniu włosów w nagietku zaobserwowałam ograniczenie problemu przetłuszczania się skóry głowy, przy tym jest ona bardzo dobrze nawilżona:) Nagietek działa również łagodząco.

Efekt wygładzenia jest podobny do tego, jaki osiągałam przy ulubionej płukance z kwiatów lipy, jednak nagietkowa lepiej sprawdzi się u osób z przetłuszczającą się czupryną.
Myślę, że rewelacyjnie może działać połączenie obu przepisów. W najbliższym czasie spróbuję i dam Wam znać:)

Jeśli stosujecie płukanki, podzielcie się przepisami i opiniami:) Przetestujecie nagietkową?



wtorek, 11 czerwca 2013

Kolejny przetestowany filtr- L'oreal UV Perfect spf 50

Dzień dobry!:)

Zapraszam Was do przeczytania recenzji filtra do twarzy marki L'oreal. Pomału wykańczam opakowanie tego kosmetyku i przyszła pora na drobne podsumowanie. Liczę, że Wam się przyda, biorąc pod uwagę, że zbliża się pora urlopów i wakacji. Być może w końcu i w Polsce zawita słońce:)
Jak wiecie, kremów z filtrami staram się używać przez cały rok, szczególnie, że chętnie korzystam ze złuszczających kosmetyków z dodatkiem kwasów

Dlaczego powinno się nakładać filtry przez okrągły rok? Po raz kolejny nie będę starała się odpowiadać sama na to pytanie. Odsyłam Was do bloga italiany i wątku vademekum filtrowe :) Znajdziecie tam również opinię autorki na temat tego konkretnego kremu: KLIKNIJ

Do zakupu zachęcił mnie natomiast TEN bardzo pozytywny wpis  :)

Cena: aktualnie na allegro 13,99 zł bez kosztów przesyłki

Dostępność: bardzo kiepska, kosmetyk został wyprodukowany dla potrzeb rynku azjatyckiego. Ja zakupiłam swoją tubkę na allegro

Pojemność: 30 ml

Filtry: przede wszystkim chemiczne + dwutlenek tytanu


Z pewnością jest to kosmetyk bardzo łatwy w obsłudze i może zaskoczyć te z Was, którym krem z wysokim filtrem kojarzy się z tępą konsystencją i białą poświatą na twarzy. Fluid posiada przyjemną i lekką formułę, która bardzo gładko rozprowadza się na skórze.

Krem przede wszystkim:

- nie bieli
- nie powoduje wysypu
- nie podkreśla suchych miejsc
- stanowi idealną bazę pod makijaż, przede wszystkim mineralny, bo sypki podkład świetnie do niego przylega i bardzo długo się utrzymuje.

Jeśli chodzi o błyszczenie - po aplikacji samego filtra (bez makijażu) przez pierwszą godzinę-dwie skóra ma tylko lekko satynowy połysk, jednak później na mojej twarzy pojawia się nieprzyjemnie tłusta warstwa. Wówczas moja cera prezentuje się bardzo niekorzystnie, bo wszystkie niedoskonałości stają się nagle bardzo widoczne, a twarz się świeci. Na szczęście jest to sytuacja do  opanowania;) Z pomocą przychodzą mi bibułki matujące.
Jeżeli na filtr nałożę dodatkowo minerały to twarz pozostaje "satynowa" nieco dłużej. Można nawet w tym wypadku liczyć na efekt zdrowego "glow";)

To, czego obawiam się w tym produkcie to skomplikowany skład. Bardzo często mam opory przed azjatyckimi kosmetykami, zwłaszcza takimi, których mam zamiar używać regularnie.
Lista składników jest długa i niezbyt zachęcająca, ponieważ znajduje się na niej trochę rzeczy, które na pierwszy rzut oka, nic mi nie mówią:

POWIĘKSZ:)

 

W najbliższej przyszłości planuję porozglądać się za jakimś produktem z filtrami mineralnymi, z krótszym i pewniejszym składem:) Wydaje mi się też, że są one bezpieczniejsze dla skóry, niż filtry chemiczne, choć ich działanie ochronne bywa podawane w wątpliwość. Wciąż się jednak waham i zastanawiam, co wybrać:)

Myślę, że jeżeli nie macie takich oporów jak ja, to śmiało możecie spróbować i kupić na próbę fluid L'oreala, zwłaszcza, że cena jest dobra, a filtr przyjemny w obsłudze.

Podzielcie się swoimi "filtrowymi" doświadczeniami w komentarzach i napiszcie, czy używacie bibułek matujących. Ja znalazłam idealne i chętnie podzielę się z Wami konkretami, na przykład przy okazji następnej notki:)