poniedziałek, 16 września 2013

Naturalny dezodorant Born to Bio Rose Sauvage- jak wypada na tle Sanoflore?


Cześć!

Jakiś czas temu skończyłam swój dezodorant, którego recenzję możecie przeczytać w TYM POŚCIE .

  Miałam w planach zakupić kolejną kulkę Sanoflore, z której byłam naprawdę zadowolona, ale będąc przy okazji w sklepie Organic Farma Zdrowia zerknęłam na półkę z naturalnymi kosmetykami i zobaczyłam kilka ciekawych produktów. Po pierwsze, dostępny był cały szereg dezodorantów marki Lavera i może byłabym nawet zainteresowana,ale cena pojedynczej sztuki była bardzo wysoka, wydaje mi się, że przekraczała 40 zł. Macie jakieś doświadczenia z marką LAVERA?

  Moją uwagę zwróciły kolorowe opakowania dezodorantów firmy Born to bio :) Do wyboru były dwie wersje: Rose Sauvage wild rose oraz znacznie bardziej świeży, imbirowy Sensation Zen.


Porwałam z półki oczywiście dezodorant o zapachu dzikiej róży, jako fanka wszystkiego, co różane i do dzisiaj żałuję swojej decyzji;) Nie wiem, co mnie podkusiło, bo zapach jest tak męczący, słodki, mdlący i  intensywny, że ilekroć otwieram kosmetyk, mam ochotę natychmiast zamknąć go z powrotem;) To jego pierwszy poważny minus.

Znacie serię Alterry "dzika róża"?  Miałam krem do twarzy i to bardzo podobny zapach, ale ten Born to bio jest jeszcze mocniejszy.

PO TYM PRZYDŁUGIM WSTĘPIE CZAS NA KONKRETY ;)

* Za dezodorant o pojemności 75 ml zapłaciłam w sklepie Organic (w Złotych Tarasach) 29 zł.

* Opakowanie jest świetne- wygodne, dobrze się zamyka, kulka się nie zacina i płyn się nie wylewa.

* Kosmetyk jest piekielnie wydajny

* Dezodorant posiada certyfikaty ECOCERT i Cosmebio

*Skład naturalny w stopniu 99,2 % , jak głoszą napisy na etykiecie ;) (brak parabenów i aluminium):




Na opakowaniu znajduje się także napis NO ALCOHOL**,  jednak z tyłu, pod składem, znajdziemy także dopisek:  without ethyl alcohol **

Za pochłanianie potu odpowiedzialny jest puder bambusowy, za zapach maskujący nieprzyjemną woń, oczywiście olejki eteryczne

* Dezodorant nie brudzi odzieży

* DZIAŁANIE dezodorantu pozostawia jednak trochę do życzenia. Oczywiście nie ma mowy o długotrwałym pochłanianiu potu, chociaż na początku wyczuwalne jest względne poczucie "suchości" ;). Co do maskowania przykrego zapachu- dezodorant działa pod tym względem bardzo krótko. Mocny zapach dzikiej róży tylko na początku "daje radę", potem nieprzyjemne nuty zaczynają przebijać. Opinie na temat tej wersji są w Internecie, jak się okazuje, fatalne, choć ja uważam, że nie ma aż takiej tragedii. Znacznie lepsze oceny zbiera za to jego brat Sensation Zen.

* Born to bio w porównaniu do Sanoflore:

cena- bardzo zbliżona
wydajność- znacznie wyższa niż u Sanoflore (pojemność także jest większa)
wygoda stosowania- podobna
działanie- gorsze!
zapach- bez dwóch zdań znacznie gorszy

  W przyszłości być może przetestuję wersję imbirową, bo pachniała na pewno przyjemniej i bardziej świeżo, a i jej działanie jest lepiej oceniane, ale z pewnością wrócę też do dezodorantu z Sanoflore i Wam go również polecam, jeśli szukacie czegoś o dobrym składzie:)


niedziela, 8 września 2013

Maybelline Rocket Volum’ Express Mascara

 Cześć!

O najnowszym tuszu Maybelline słyszałam sporo dobrego, więc kiedy znalazłam w jednej z gazet kupon rabatowy do drogerii Natura, postanowiłam kupić właśnie tę maskarę.

Tym bardziej miałam ochotę ją wypróbować, bo opakowanie i gruba szczoteczka (zapomniałam pstryknąć zdjęcia!) przypominały mi jeden z fajniejszych tuszy z Max Factora: recenzja TUTAJ

W regularnej cenie Rocket Volum' można kupić za około 25 zł - 30 zł. Ja dorwałam go za 16 zł.

Pojemność: 10 ml

Okazuje się, że to najdziwniejszy tusz, z jakim miałam do czynienia, a bardzo skrajne opinie na wizażu tylko potwierdzają moje zdanie;) Szczegóły poniżej:

Tusz daje na rzęsach dość ładny efekt, choć nie jest tak fajny, jak w
przypadku maskary False Lash Effect z Max Factor.

Zadaniem Rocket Volum' jest przede wszystkim zwiększenie objętości rzęs. Ja zauważyłam raczej ich wydłużenie i uniesienie. Przy malowaniu włoski mogą odrobinę się plątać, czasem mogą się też lekko skleić, ale raczej nie jest to problem, który pojawia się regularnie przy jego stosowaniu.

W dodatku tusz przez cały dzień wygląda i zachowuje się bardzo dobrze- nic się absolutnie nie kruszy, rzęsy są uniesione i prezentują się fajnie nawet wiele godzin po nałożeniu- pod tym względem widzę pewne podobieństwo z False Lash Efect;)

Co jest z nim w takim razie nie tak?

Wystarczy zajrzeć na wizaż i poczytać opinie na jego temat: KLIK
 Jedni nie mogą się go nachwalić, inni piszą o wielkich trudnościach ze zmyciem tego tuszu i o wzmożonym wypadaniu rzęs po jego użyciu. Zazwyczaj jestem sceptyczna, kiedy natrafiam na recenzje objeżdżające dany produkt od góry do dołu, tutaj jednak dość często pojawiały się głosy, że Rocket Volum' to tusz "masakrator".
No i chyba coś w tym jest, bo po pierwsze- zmywanie tego "cudeńka" z rzęs to istny koszmar (tusz marze się, zostawia smugi na całej twarzy, rano też "panda" niemal gwarantowana), a po drugie- rzeczywiście zauważyłam, że gubię rzęsy znacznie częściej, niż normalnie. Oczywiście przy takich akrobacjach z demakijażem o taki skutek nietrudno, jednak znajduję je nie tylko na waciku, ale także na policzkach w trakcie dnia. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam!

Tak więc, mimo tego, że aż 47 osób kliknęło na wizażu Rocket Volum' jako swój HIT, ja już go z pewnością ponownie nie kupię, a i Wam odradzam. W tej cenie znajdzie się wiele lepszych kosmetyków. Wolę też dorzucić trochę i kupić sprawdzonego Max Factora ;)

Jestem bardzo ciekawa, jakie Wy macie doświadczenia z tym tuszem, albo czy zamierzacie/zamierzałyście go przetestować?





niedziela, 25 sierpnia 2013

Masła z The Body Shop- moja opinia

Cześć:)

Lubię The Body Shop za całkiem dobrą jakość i zapachy. Nie lubię ich jednak za ceny, którą są w moim odczuciu zdecydowanie za wysokie.

Zwykłe olejki zapachowe do kominków kosztują u nich 19 zł za sztukę, a to jest naprawdę bardzo dużo, mimo że za nimi przepadam i uważam, że są świetnej jakości. Więcej na ich temat TUTAJ

Z kolei masła do ciała należą chyba do najpopularniejszych kosmetyków z tej firmy i są chętnie kupowane przez klientki. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam cenę pełnowymiarowego produkty byłam nieco zszokowana- 65 zł/ 200 ml.  W promocji można je czasem dostać za pół ceny. W sprzedaży są także dostępne opakowania o pojemności 50 ml- w regularnej sprzedaży kosztują około 20 zł.



Swoje trzy opakowania (po 50 ml) dostałam w prezencie i bardzo się cieszę, że miałam okazję je przetestować. Posiadam wersję kokosową skóra sucha i normalna),
wersję z masłem shea (skóra bardzo sucha)
oraz oliwkowe (skóra normalna oraz sucha).

Muszę zaznaczyć, że na ciele mam skórę normalną, ale borykam się co jakiś czas z okresowym przesuszeniem, np. na łydkach, dłoniach i stopach.  Balsamy, czy masła zużywam więc bardzo wolno, bo nie są u mnie musem po każdej kąpieli.

Używałam już różnych kosmetyków do ciała w postaci masła (ziaja, farmona, bielenda i właśnie TBS). Spodziewałam, się, że te z The Body Shop są zwyczajnie przereklamowane i ich działanie będzie podobne do innych produktów tego typu, a jednak myliłam się.

* SKŁADY:

Wszystkie trzy wersje posiadają w składzie masło shea- bardzo wysoko:) 
Dodatkowo w oliwkowym jest oczywiście oliwa z oliwek oraz masło kakaowe, w wariancie kokosowym znajdziemy olej kokosowy + masło kakaowe, w Shea Body Butter, oprócz masła karite jest także masło kakaowe.
Poza tym w składach znajdziemy również inne oleje, silikon i glicerynę, a z gorszych rzeczy np. parabeny.

* DZIAŁANIE, KONSYSTENCJA, ZAPACH:

Jestem bardzo zadowolona z działania każdego z nich- wszystkie świetnie i przede wszystkim długotrwale nawilżają. Bardzo podoba mi się również konsystencja masełek- jest bardzo kremowa i przyjemnie się rozprowadza. Kosmetyk jest wyczuwalny na skórze przez wiele godzin, ale wrażenie nie przypomina tłustego, lepkiego filmu :)
Rzeczywiście najlepiej natłuszcza wersja Shea Body Butter, u mnie sprawdza się idealnie na dłonie oraz stopy.
Zapachy są oczywiście kwestią indywidualną, ale mi bardzo przypadły do gustu, szczególnie wersja oliwkowa, która przypomina mi zapach świeżo skoszonej trawy.
Masło kokosowe pachnie słodko i przypomina tropikalny deser. Wersja shea dla bardzo suchej skóry pachnie najbardziej neutralnie, wyczuwalna jest nuta masła kakaowego. Jestem ciekawa innych zapachów:)

* PODSUMOWUJĄC ^^

Jeżeli będę miała okazję kupić takie masło w promocji za pół ceny- na pewno to zrobię, bo według mnie działają lepiej niż niejeden sklepowy balsam i wygodnie będzie mieć jedno pudełeczko pod ręką. Myślę, że warto na nie wydać 20-30 zł, jednak regularna cena 65 zł jest dla mnie raczej nie do przyjęcia:).
Zdarza mi się w domowych warunkach przygotowywać krem do ciała o podobnym działaniu- na bazie oleju kokosowego i masła kakaowego lub shea, ale nie zawsze mam wszystkie składniki na stanie, więc opakowanie gotowego masła jest czasem dobrym rozwiązaniem;)


Chętnie poznam Waszą opinię, jeżeli testowałyście masła z The Body Shop. Macie ulubione zapachy?:)




sobota, 17 sierpnia 2013

10 świetnych produktów za 10 zł i mniej

Cześć wszystkim:)!

Do napisania tego posta zainspirowała mnie TA konkretnie notka u Joasi z facehairbodycare. Zerknijcie koniecznie:)
A teraz zapraszam do przeczytania, co ja uwzględniłam w swoim zbiorze pt." kosmetyki z niskiej półki cenowej, ale zdecydowanie godne uwagi" :)


1. Chusteczki do demakijażu Alterra



O tych chusteczkach napisałam nawet osobnego posta, bo tak bardzo je polubiłam:) do przeczytania TUTAJ Nie podrażniają, jako jedne z nielicznych, wśród tych, z  którymi miałam do czynienia, a jeśli chodzi o oczyszczanie skóry z zabrudzeń i makijażu- radzą sobie naprawdę dobrze. Nadają się nie tylko do skóry twarzy, uważam, że zawsze warto mieć je pod ręką!

Cena: ok. 4 zł. Do kupienia w Rossmannie 

2. Biała glinka anapska ze srebrem



Popularne ostatnio glinki rosyjskie podbijają blogosferę, ale szczerze mówiąc, nie dziwię się temu:)
Glinka anapska to moje stosunkowo najnowsze odkrycie. Przebiła u mnie zwykłą białą glinkę, bo na moje oko, działanie anapskiej jest po prostu lepsze. Sprawdza się jako maseczka przed wyjściem, bo poprawia koloryt i bardzo delikatnie złuszcza cerę.
Można z niej robić także maski na skórę głowy, bo podobno ma działanie przeciwłupieżowe i stymuluje porost włosów, ale jeszcze jej w ten sposób nie testowałam:)
Proszek ma lekko szary kolor, po wymieszaniu z wodą glina staje się niebieska i bardzo mi się to podoba;)
Może z czasem pokuszę się o jakąś szerszą recenzję.

Cena: przykładowo 100 g glinki z sklepie internetowym triny.pl  kosztuje 8 zł

3. Kallos Latte



Ta niepozorna maska okazała się dla moich włosów strzałem w 10! Nie wiem, co takiego w dość ubogim składzie sprawia, że moje włosy tak bardzo się z Kallosem polubiły;) Niezwykle je wygładza, zmiękcza oraz zdecydowanie ułatwia rozczesywanie. Jest  też wydajna. Pachnie bardzo słodko, ale intensywnie.

Cena: takie opakowanie jak na zdjęciu kupicie w Hebe za koło 6 zł. Dostępne także w sieci.

4. Popiół wulkaniczny



Odkąd go poznałam- kupuję regularnie i z pełną świadomością oświadczam, że nie ma i nie było lepszego peelingu do twarzy od popiołu wulkanicznego!:) Jemu również poświęciłam osobny wpis:KLIK .
Popiół wymieszany z żelem do twarzy lub żelem hialuronowym tworzy kosmetyk o właściwościach silnie ścierających, ale nie podrażnia skóry!
Nadaje się także do stóp i reszty ciała.
Cudeńko!

Cena: 20 gramów popiołu kosztuje w sklepie naturalne-piekno 7,20 zł. Jest dostępny także w innych sklepach internetowych.

5. Kosmetyki z serii Babydream




Któż nie zna dziecięcej serii z Rossmana?:) Znane są wszechstronne żele do mycia w wielkich butlach, oliwki i szampon. Wszystko w cenach poniżej 10 zł.
Na zdjęciu znajduje się akurat talk, którym zdarza mi się pudrować pachy oraz stopy w ciągu dnia;) oraz kremowy żel do kąpieli i pod prysznic z aloesem, którego ja używam także do mycia swoich przesuszonych łapsk oraz do mycia pędzli ^^ Aloesu ma w składzie tyle, co kot napłakał (ostatnia pozycja na liście), ale konsystencja jest idealnie kremowa i mycie nim to czysta przyjemność:)
Wszystkie kosmetyki z tej serii są bardzo łagodne i nadają się do stosowania od stóp do głów i za to je uwielbiam!

Cena: Kremowy żel do mycia z aloesem 7,90 zł, do kupienia w Rossmanach.

6. Lakiery Bell z kolekcji Glam Wear




Dla mnie seria lakierów Glam Wear od Bell jest bezkonkurencyjna. Mają świetne kolory (teraz także piękne nude!), nie robią smug i idealnie kryją (można wyjść nawet z jedną warstwą). Pędzelek jest spory, ale bardzo ułatwia aplikację. Do tego schną najszybciej ze wszystkich znanych mi lakierów i trzymają się najdłużej:)
Popularne lakiery z Wibo także bardzo lubię, ale według mnie, Bell są jeszcze lepsze jakościowo.

Cena: waha się od 9 do 11 zł. Można dostać je np. w Jasmin, Hebe, niektórych Natrach.

7. Tusze Wibo/ Lovely

Nie mam w tym miejscu do pokazania żadnego tuszu z tej firmy, ale miałam ich kilka i ze wszystkich byłam zadowolona. Uwielbiam różowy Extreme lashes i zielony Growing lashes.
Zerknijcie pod podane linki, gdzie znajdziecie ich recenzje na portalu wizaz.pl

Cena: 9-10 zł. Rossmann

8. Zioła



Nie byłabym chyba sobą, żebym o ziołach nie wspomniała:)
Co to dużo mówić- za kilka złotych kupimy w sklepie zielarskim, lub w aptece prawdziwe skarby, które mogą niesamowicie polepszyć kondycję np. naszych włosów. Z ziół można robić wzmacniające wcierki, nabłyszczające płukanki, a toniki  i mgiełki do twarzy i inne. Przepisy znajdziecie chociażby je na tym blogu.

Szeroki wybór ziół dostępny jest w Zielarni Lawenda

9. Kosmetyczne olejki eteryczne



Olejki eteryczne, poza tym, ze pięknie pachną, mają również wiele zastosowań. Wybrane można wkraplać np. do maseczek oczyszczających, lub dodawać do szamponów, masek i kremów. Każdy ma nieco inne działanie. Trzeba też uważać, bo mogą podrażnić osoby o wrażliwej cerze. Niektóre np. pichtowy, lub z drzewa herbacianego dostaniecie w aptece. Inne np. TUTAJ

10. Chusteczki samoopalające Sun Ozon z Rossmana


Chusteczki są bardzo mocno nasączone i trzeba nauczyć się ich obsługi- kluczem jest szybkie roztarcie płynu na skórze, inaczej smugi gwarantowane. Za to efekt jest świetny- skóra nabiera brązowego koloru w kilka godzin. Używam ich szczególnie chętnie przed jakimś wyjściem- do całego ciała i do twarzy, nie podrażniają skóry, nie mam potem wysypu. Zapach typowy dla samoopalaczy, ale ja używam na noc.
Nie brudzi ubrań, piżamy, bo płyn wchłania się błyskawicznie. Spośród wszystkich znanych mi samoopalaczy, ten daje chyba najbardziej brązowy odcień opalenizny.

Cena: 2,49 zł za 2 sztuki po 7 ml


To już są wszystkie produkty, którymi chciałam się z Wami podzielić, choć pewnie po namyśle zebrałabym jeszcze inne, ciekawe rzeczy. Może powstanie kiedyś druga część tej notki?

Teraz Wasza kolej- zapraszam do komentowania:)!

środa, 14 sierpnia 2013

Pourlopowo- domowe maceraty:)

Cześć:)
MACERATY od lewej : liście szałwii, kwiaty dziewanny, płatki dzikiej róży



  Jedną z zalet spędzania wakacji na łonie natury jest dostęp do wielu wspaniałych roślin, które możemy potem wykorzystać w kuchni oraz pielęgnacji. W tym roku miałam to szczęście, że znalazłam, między innymi, krzew dzikiej róży, rosnący z dala od ruchliwych ulic i miasta.

Postanowiłam przygotować kilka maceratów, czyli "wyciągów olejowych" na bazie dość neutralnego oleju z pestek winogron, który można kupić w sklepie spożywczym.

  Wykonanie takich maceratów jest latem naprawdę bardzo proste i wcale nie wymaga wiele wysiłku:) 
Musimy przygotować sobie pusty i czysty słoiczek, do którego wrzucamy zerwane i przebrane rośliny. Możliwości jest cała masa! Ja zdecydowałam się na liście szałwii, kwiatki dziewanny oraz płatki dzikiej róży. Zerwane rośliny zalewamy olejem i nie musi być to wcale olej z pestek winogron, może być inny neutralny olej, np. jojoba świetnie się do tego nadaje.
Rośliny możemy wcześniej lekko rozgnieść.
Oleju dodajemy tyle, żeby przykrył nasze zioła. Trzeba uważać, żeby wszystkie części były pokryte, bo inaczej może pojawić się pleśń.
Następnie słoiczki zakręcamy i umieszczamy w dobrze nasłonecznionym miejscu na okres od 1 tygodnia do 2. Codziennie lekko potrząsamy słoiczki, żeby zmieszać zawartość:) Na koniec trzeba wszystko przecedzić i przechowywać w ciemnym miejscu.

Na zużycie mamy 6-8 miesięcy, bo niestety nie są zbyt trwałe.

Gotowe maceraty możemy wykorzystać do sporządzenia domowego kremu, lub serum, albo nawet stosować solo na skórę, albo włosy.

* Na bazie dzikiej róży znajdziemy w sklepach mnóstwo kosmetyków, np. kremów przeciwstarzeniowych. Wszelkie kosmetyki na bazie róży nadają się dla wrażliwców i mi osobiście bardzo służą, dlatego swój macerat także planuję zużyć do pielęgnacji twarzy. Do tej pory stosowałam olej z owoców dzikiej róży i uważam, że to jest olej-geniusz:)! Błyskawicznie rozświetla skórę:)

* Dziewanna również ma działanie przeciwzmarszczkowe, a także odkażające, wygładzające i powlekające, ale nigdy wcześniej nie miałam z nią do czynienia. Myślę, że moim wyciągiem wzbogacę jakieś domowe serum oraz będę używała go na włosy, bo dziewanna wykazuje również działanie rozjaśniające kosmyki i podejrzewam, że w ogóle może mieć działanie podobne do ukochanej lipy:)

* Szałwii pewnie nikomu przedstawiać nie trzeba- znane jest jej działanie przeciwłupieżowe i wzmacniające wypadające włosy, dlatego myślę, że nada się do wcierania w skórę głowy. 
Pomaga także przy kłopotach z jej przetłuszczaniem się, ale może lekko przyciemniać czuprynę.
 Jest także idealnym dodatkiem do pielęgnacji skóry tłustej i trądzikowej ze względu na działanie przeciwzapalne, ściągające i bakteriobójcze.

Moje maceraty stoją na balkonie już od kilku dni i olej już zmienił kolor, wygląda teraz zupełnie inaczej, niż na początku:) W słoiczku z dziewanną nabiera pięknego, bursztynowego koloru:)

Dokładnie w ten sam sposób możecie przyrządzić aromatyzowaną oliwę, na przykład na bazie oliwy z oliwek i wybranych ziół.  Potem jest jak znalazł do wielu potraw:)

Jeżeli macie doświadczenie z domowymi maceratami to z przyjemnością o nich przeczytam. A może same nabrałyście ochoty na przygotowanie swoich wyciągów olejowych?

Pozdrawiam!




sobota, 27 lipca 2013

Naturalny dezodorant SANOFLORE- jak się sprawdza latem i nie tylko? :)

   Hej,


  Bohaterką dzisiejszego posta jest kulka ^^ Dokładniej dezodorant w kulce marki Sanoflore, który kupiłam pod wpływem jednej z Was:)
Gurmetka wspomniała kiedyś w komentarzu, że jest z niego zadowolona, a ponieważ skład prezentował się bardzo obiecująco, w końcu zdecydowałam się go kupić:)

  50 ml produktu kosztuje 29 zł, można go dostać w sieci aptek Superpharm. Bywają na niego promocje. Jeśli wiecie, gdzie jeszcze znajduje się szafa Sanoflore, dajcie znać w komentarzu:)!
   Od jakiegoś czasu sporo się słyszy na temat szkodliwości aluminium, zawartego w dezodorantach. Zdania na temat tego, czy rzeczywiście może mieć szkodliwe działanie (między innymi kancerogenne), są oczywiście podzielone.
 Ja jednak wolałabym nie ryzykować, biorąc pod uwagę, że dezodorantu używamy dzień w dzień, niemal przez całe życie.
Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

  Przez dłuższy czas stosowałam ałun, który radził sobie całkiem dobrze, jednak po pierwsze- forma kryształu nie za bardzo mi odpowiadała, a po drugie- on również nie jest od aluminium całkowicie wolny;) Sama oczywiście nie jestem w stanie wyłożyć Wam tutaj, co i jak, ale odsyłam do superciekawego artykułu na ten temat- KLIK
Resztki kryształu, który bez przerwy mi się kruszy <grrrr>, zużywam do pocierania miejsc po ukąszeniach, bo fantastycznie pomaga uporać się ze swędzeniem.

Taaak, rozpisałam się, a teraz do rzeczy!

   Z dezodorantu Sanoflore jestem bardzo zadowolona, szczególnie po kiepskich przejściach z jego naturalnym kolegą z Alterry.
Trzeba oczywiście pamiętać, że to nie jest antyperspirant, czy bloker, więc kosmetyk ten niespecjalnie ogranicza wydzielanie potu. W naprawdę upalne, albo stresujące dni wspomagam się dodatkowo pudrem dla dzieci. Używam odrobiny na skórę, już po użyciu dezodorantu. W razie potrzeby ponawiam aplikację w ciągu dnia. Osobiście polecam tani i dobry talk Babydream z Rossmana. W duecie z kulką Sanoflore jest naprawdę niezawodny i gwarantuje komfort przez cały dzień - sucho i ani odrobiny woni potu^^

 Jeśli chodzi o dezodorant sam w sobie to widzę w nim więcej plusów, ale zacznę od mniej przyjemnej części, czyli od kilku wad:

- dość niewielka pojemność za wysoką cenę 50 ml/ około 29 zł
- szybko się zużywa
- długo schnie

A teraz to, co najważniejsze:

+ ochrona przed przykrym zapachem- naprawdę bardzo dobra!
+ nie brudzi ubrań, a nawet jeżeli coś się lekko upecka- bez trudu schodzi z odzieży:)
+ przyjemny, lekko ziołowy zapach
+ bardzo porządne opakowanie, kulka się nie zacina, kosmetyk się nie wylewa
+ naturalny skład- przeważają naturalne olejki eteryczne (antybakteryjne działanie). Nie znajdziecie tutaj alkoholu, parabenów, ani soli aluminium.
+ posiada certyfikat ECOCERT

  Jestem pewna, że kupię go ponownie, bo bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a muszę przyznać, że podchodziłam z lekką obawą do naturalnych dezodorantów. Zamierzam jednak przetestować jeszcze kilka produktów z tej samej kategorii, bo jestem ciekawa, jak wypadną na tle Sanoflore.

Jeśli znacie jakieś inne naturalne dezodoranty to bardzo proszę, napiszcie o nich :)!


wtorek, 23 lipca 2013

Próbki z Annabelle Minerals- róże i korektor


Hej:)
Wracam do Was i do blogowania po niemałej przerwie, a na pierwszy ogień idzie post z prezentacją próbek mineralnych kosmetyków z Annabelle Minerals. Tym razem nie będą to podkłady, a dwa odcienie różu i jeden korektor.
Zapraszam:)!

Próbki można zamówić na stronie internetowej: KLIKNIJ
1 g wybranego kosmetyku kosztuje 7,50 zł.

Przy takiej wydajności, cena nie wydaje mi się zbyt wysoka. Jeżeli natomiast zrobicie zamówienie na kilka próbek, lub na pełnowymiarowy produkt, jeden losowy słoiczek dostaniecie w prezencie. Tym sposobem uzbierało mi się już sporo próbek podkładów w różnych dziwnych kolorach;)




KOREKTOR
Jak widzicie, korektor w odcieniu Dark to w rzeczywistości dość jasny beż. Niekoniecznie ciepły, jak sugerowałoby zdjęcie, raczej dość neutralny. Używałam go trochę pod oczy, czasami także na przebarwienia, ale nie został moim ulubieńcem. Zapewnia tylko troszkę lepsze krycie od podkładów z tej marki, ale jest dość suchy i tępy w konsystencji. Problemem jest także jego kolor- w małej ilości za jasny, a nałożony grubszą warstwą zaczyna ciemnieć i wychodzi z niego różowawy pigment.
Dla mnie zbędna rzecz, wolę w problematycznych miejscach nałożyć parę warstw dopasowanego do mnie podkładu :)

RÓŻ ROSE


Powyższe zdjęcie może nawet lepiej oddaje ten ciekawy kolor. Rose jest dość jasny, sam w sobie lekko chłodny, jednak przy moim typie cery, wyraźnie się ociepla, po nałożeniu na skórę.  Myślę, że będzie się prezentował ładnie na każdej karnacji.
 Efekt, jaki róż pozostawia na twarzy, jest bardzo dziewczęcy i matowy. Łatwo się go dozuje, nakłada oraz rozciera.
Zdecydowanie polubiłam Rose i uważam, że próbkę można zamawiać w ciemno:)

RÓŻ HONEY



Być może są dziewczyny, którym pasują róże w odcieniach brązu i które dobrze się w takich czują, ale ja zdecydowanie do takich nie należę;) Dla mnie Honey to raczej typowy kosmetyk brązujący i w tej roli sprawuje się całkiem dobrze. Odcień jest zdecydowanie ciepły i przypomina naturalną opaleniznę, przynajmniej u mnie;)
Nie jestem na ogół przekonana do bronzerów w postaci sypkiej, wydaje mi się, że łatwo narobić sobie nimi nieestetycznych plam. Ten kosmetyk także nie jest wyjątkiem- nietrudno zrobić sobie nim placki, bo czasem nie wiem, jak i ile nabrać go na pędzel. Ten produkt ma jednak pewną przewagę nad swoimi "kolegami" z tej samej kategorii- naprawdę dobrze się go rozciera. Efekt jest naturalny i muszę przyznać, że Honey przypadł mi do gustu.

Cechą wspólną wszystkich trzech próbek z annabelle jest ich zaskakująca TRWAŁOŚĆ na skórze. Wyglądają świeżo i ładnie właściwie przez cały dzień i nie wycierają się w taki paskudny sposób, jak np. niektóre bronzery:)

Nie skuszę się raczej na wersje pełnowymiarowe, bo próbki są tak wydajne, że wolę raz na jakiś czas zamówić zestaw kilku nowych kolorów:)

Pozdrawiam i rozpoczynam rundkę po Waszych blogach oraz nadrabianie zaległości:)