wtorek, 5 lutego 2013

Trwały kolor na ustach? cz.II - kosmetyki typu 2 kroki ;)


HEEEEEJ:)

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić kolejne mazidło do ust, które zgodnie z obietnicą producenta,   należy do produktów o przedłużonej trwałości. Max Factor Lipfinity lip colour, bo o nim będzie mowa, to preparat na który składają się właściwie dwa kosmetyki, a używane razem gwarantują trwałość koloru i komfort nawilżonych ust.



Mój odcień to ciepły róż ze złotym błyskiem, pasujący do różu Bourjois w odcieniu 33 Lilas D'or.
A tak konkretnie jest to numer 300 Essential Pink.

"Pierwszy krok" to malutki pojemniczek z pomadką w płynie. Aplikator stanowi typowo błyszczykowa gąbeczka.

"Krok drugi" to nawilżający sztyft do ust, czyli na moje oko, zwykła wazelina w ładnym opakowaniu;)

Max Factor Lipfinity 300 Essential Pink, step 1 przed zaschnięciem
 
Max Factor Lipfinity 300 Essential Pink step 1 i step 2 razem
 
Sposób użycia:

Najpierw smarujemy usta kolorem, a po odczekaniu, mniej więcej minuty, pociągamy je dodatkowo naszym top coat'em. Łatwo jest wyczuć moment, kiedy zaaplikować ten drugi, ponieważ kolorowa pomadka wysychając, zaczyna lekko ściągać usta. To nieprzyjemnie wrażenie znika od razu po zastosowaniu sztyftu. Z czasem wazelina będzie się wycierać z warg, więc warto powtarzać aplikację "drugiego kroku" kilkakrotnie w ciągu dnia. Nie polecam natomiast dokładania warstwy koloru. Lepiej ewentualnie zmyć całość, jeśli w ogóle zachodzi taka potrzeba.

Gdzie kupić:

Swój egzemplarz kupiłam w Internecie na stronie kosmetykizameryki. Zapłaciłam niecałe 25 zł, w drogerii zapłaciłabym za tę szminkę przynajmniej drugie tyle. Z tego co zdążyłam zauważyć, gama kolorystyczna w sklepie internetowym różni się od palety odcieni dostępnych stacjonarnie.

Inne produkty tego typu:

Podobne trwałe pomadki dwuskładnikowe ma w swojej ofercie L'oreal i jest to Infallible Podwójna Trwała Pomadka. One także kosztują normalnie ponad 50 zł, za to w sieci można je znaleźć o wiele taniej. Przykładowo we wspomnianym wyżej sklepie kupicie je już za 15 zł!
Tam też możecie dorwać coś w rodzaju lip tinta firmy Bourjois (12zł), którego próżno szukać na półkach tej marki np. w Rossmanach. Producent, co prawda, określa Rouge Hi Tech  jako błyszczyk do ust, ale już po opisie i zdjęciach widać, że jest to raczej coś w rodzaju tinta. Sama mam wielką ochotę się w jakiś kolor zaopatrzyć, zwłaszcza za taką cenę. O kosmetykach typu lip tint pisałam notkę TUTAJ.
 Iiiiii NIE, nie jestem w żaden sposób powiązana z tym sklepem;) Po prostu ciekawy mają asortyment i bardzo atrakcyjne ceny, jeśli chodzi o moje ulubione mazidła ^^.

Wady preparatów typu 2 kroki na przykładzie Max Factor Lipfinity:

- bardzo mały wybór kolorów, większość z lekko błyszczącą poświatą
- niewielka pojemność
- dostępność
- cena
-konieczność noszenia ze sobą sztyftu (krok2) lub zwykłego balsamu nawilżającego

Zalety:

+ trwałość! rzeczywiście produkt zostaje bardzo długo na wargach, mimo jedzenia i picia. Według moich obserwacji wytrzymuje na ustach najdłużej ze znanych mi kosmetyków, o tak zwanej, przedłużonej trwałości.
+ dzięki temu, że szminka posiada lekki błysk nie widać dokładnie, gdzie kosmetyk się wytarł itp.więc pod tym względem sprawdza się znacznie lepiej niż typowe "maty"
+  produkt nie zostawia śladów na naczyniach
+ preparat funduje na ustach naprawdę bardzo ładny i świeży efekt
+ mimo małej pojemności, kosmetyk jest dość wydajny, ponieważ nie trzeba poprawiać koloru przez wiele godzin w ciągu dnia

Podsumowując, jestem na tak i polecam:) Napiszcie, czy znacie inne szminki do ust w takiej formie i co o nich sądzicie!


piątek, 1 lutego 2013

Najlepsze w styczniu! :)


Dzień dobry!

Styczeń za nami, więc zapraszam na podsumowanie tego okresu w moim wydaniu. Będzie, jak zwykle, baardzo dłuuugo i rozwlekle;)

Najlepsze kosmetyki stycznia:

  Zacznę od produktu dla mnie nietypowego, którym jest, o dziwo, smarowidło do ciała:


 Produktów z tej serii Farmony (Tutti Frutti) używałam namiętnie w czasach LO, później zupełnie o nich zapomniałam. Widoczne na zdjęciu masło do ciała otrzymałam w prezencie od rodziców mojej drugiej Połówki:)
Spotkacie się pewnie z różnymi opiniami na jego temat, ale ja uważam, że jest to naprawdę dobry kosmetyk. Wbrew pozorom, masło nie tylko ładnie pachnie i wygląda, ale wykazuje też działanie nawilżające- przynajmniej u mnie. Zasługą jest zapewne masło shea, które występuje w składzie już na drugiej pozycji:) Nie ma się, oczywiście, co łudzić, że reszta składu jest jakaś wspaniała- dalej znajdziemy zarówno parabeny, jak i parafinę.


Na mojej normalnej skórze spisuje się bardzo dobrze- zmiękcza, utrzymuje nawilżenie i w ciągu tego miesiąca smarowałam się nim codziennie, lub co 2 dzień, mimo że zazwyczaj praktycznie nie używam balsamów czy kremów.
Zapach jest dość świeży i owocowy, mnie odpowiada. Czarne drobinki to jakieś takie niby masujące cosie, ale ich nie czuć i rozpuszczają się podczas smarowania.


  Jest jeszcze jeden kosmetyk, który w styczniu zawrócił mi w głowie, a będzie to jeden z tych produktów, z którymi zamierzam się już nigdy nie rozstawać:P Mowa o hydrolacie różanym...


Wszystko mi jedno, czy będzie to ten konkretny z Biochemii Urody, czy z innych źródeł. Przeboski zapach, odświeżenie i leciutkie nawilżenie- takie oto rewelacje funduje nam ten właśnie produkt. Przelewam go do butelki z atomizerem, czasem dodaję np. Panthenol i psikam się nim od stóp do głów bez opamiętania:D taaak, kocham różany zapach i działanie wszystkiego, co różane, na moją skórę. Przynosi ulgę nawet zmęczonym stopom<3

W kategorii kolorówka zwycięża jeden produkt...
Paletka cieni Sleek Ultra Matts v2 731 Darks! Używałam jej chyba za każdym razem, kiedy nakładałam makijaż. Pomalowałam się z jej pomocą również na Sylwestra.


Tutaj nie ma nad czym deliberować, zobaczcie same te kolory... Według mnie są idealne do podkreślenia brązowej tęczówki

Najlepsza książka i najlepszy film stycznia:

   W styczniu obejrzałam może ze dwa filmy. Na początku miesiąca TVP zrobiło mi dużą niespodziankę i wyemitowało film, który od dawna planowałam zobaczyć, czyli "Motyl i Skafander".

filmweb

To historia, która wydarzyła się naprawdę i opowiada o redaktorze czasopisma Elle, który sparaliżowany po udarze mózgu, może poruszać sprawnie tylko jedną powieką. Jean-Dominique Bauby, za pomocą tego nieznacznego ruchu, opowiedział historię swojego życia oraz podzielił się swoimi  przemyśleniami, nie tracąc przy tym dystansu do siebie i poczucia humoru. Na tej podstawie powstała książka, jak i niesamowicie nakręcony film, który poruszył mnie do głębi. Jak można wymrugać historię swojego życia jedną powieką? Żeby się tego dowiedzieć, musicie obejrzeć "Motyl i Skafander". Koniecznie!:)

   W styczniu zaskoczyłam sama siebie i sięgnęłam po książkę z gatunku sci-fi. Nie wiem dlaczego, ale jestem uprzedzona do filmów i książek science fiction, mimo, że np. wszystkie trzy części Aliena (czwartej w ogóle nie uznaję... ;) ) obejrzałam z wypiekami na twarzy i bardzo mi się podobały. Zupełnie nie wiem więc, skąd się moje uprzedzenia biorą. Fantastyką się zaczytuję, przed sci-fi mam opory, które jednak postanowiłam przełamać. Miałam akurat pod ręką nową ciekawą produkcję, czyli audiobooka "Blade Runner. Czy Androidy marzą o elektrycznych owcach" Philipa K. Dicka.

data premiery.pl
   Moi Drodzy, kajam się w tym momencie i przyznaję, że zachwyciła mnie ta pozycja!
Z pewnością tradycyjna książka również by mnie oczarowała, ale jeżeli macie możliwość, wysłuchajcie Blade Runnera w wersji audio. Moim zdaniem jest to audiobook warty zakupu, ja w każdym razie na pewno będę do niego wracać. Nie chcę Wam zdradzać treści, ale jest to książka, która wykracza daleko poza ramy sci-fi. Przez chwilę będziecie mogli przenieść się do przyszłości, w której praktycznie wiginęły zwierzęta, a w ich miejsce powstają świetnie skonstruowane imitacje. Posiadanie żywego zwierzęcia to wielki przywilej, a ci, którzy nie mogą sobie na to pozwolić, kupują elektryczne owce, koty itp. Androidy są z kolei tak wierną kopią człowieka, że stają się nie do odróżnienia gołym okiem. Główny bohater jest właśnie łowcą zbiegłych androidów. Tylko jak je odnaleźć i zidentyfikować ?
Samo słuchowisko jest niesamowicie zrealizowane. Oprócz kwestii poszczególnych lektorów, w tle słychać odgłosy telewizora, stukanie butów, wpleciona jest także muzyka, która pozwala wczuć się w klimat. Mało tego, dźwięk jest nagrany w taki sposób, że dokładnie orientujemy się, czy odgłosy dobiegają do z prawej strony czy np. z tyłu. Narratorem historii został Robert Więckiewicz, a w głównej roli usłyszymy Andrzeja Chyrę. Polecam, polecam, polecam! Nooo i nabrałam ogromnej ochoty na głębsze zapoznanie się z twórczością Philipa K. Dicka:)

Rozrywka miesiąca;) :

Dawniej chętnie grywałam w Simsy, ale dość szybko mnie nudziły. Znalazłam jednak grę, która nie nudzi mi się wcale. Poznałam ją jakieś dwa lata temu, do tej pory nie mogę się od niej uwolnić i zdarza mi się przepykać w nią kilka godzin...;)
Na poczatku stycznia grałam w nią kilka dni pod rząd, potem zrobiła się to już raczej moja weekendowa rozrywka.


Ten pakiet 4 części Heroes kupiliśmy razem z chłopakiem w empiku za jakieś 60 zł. Na poczatku graliśmy trochę w II część, a teraz z zaangażowaniem pykam w najpopularniejszą chyba Heroes III. Rozgrywka potrafi być nieprzewidywalna i pewnie dlatego jest taka wciagająca;) Na poczatku wybieramy zamek, bohatera oraz scenariusz gry. Od scenariusza zależy, czy wygramy rozgrywkę po prostu pokonując wrogów, czy naszym zadaniem będzie odnalezienie na mapie magicznego przedmiotu, lub też oflagowanie wszystkich kopalni. Naszym bohaterem lub bohaterami poruszamy się po mapie, zbieramy zasoby, rozbudowujemy swój zamek i oczywiście staramy się pokonać czyhające tu i ówdzie stwory oraz naszych przeciwników, czyli inne zamki i innych bohaterów. Brzmi może mało pasjonująco, ale wierzcie mi, że wszystko ogarnia się szybko i najprawdopodobniej każda z Was też by się w tym odnalazła. Grafika równiez bardzo mi się podoba, osobiście nie lubuję się w tych wszystkich wypasionionych efektach 3d:)
Przykladowa rozbudowa zamku wygląda tak:



Ulubiony gadżet miesiąca:


   Kalendarz ten dostałam pod koniec ubiegłego roku w prezencie urodzinowym i juz po pierwszym miesiącu używania wiem, że już nie jestem w stanie się bez niego obyć:D . Mam wielką nadzieję, że kalendarz ten będzie dostępny również na rok 2014 :)
Kilka ładnych lat temu byłam wielką fanką podóżniczych książek Beaty Pawlikowskiej. Jakiś czas później zaczął mnie bardzo drażnić jej moralizatorski ton, a serię książek-poradników uważam za, delikatnie mówiąc, nieudaną. Negatywnie zdziwiła mnie także ostatnia nowość na rynku muzycznym... "Moje ulubione piosenki" wg. Beaty Pawlikowskiej (okładka płyty jest identyczna jak powyższego kalendarza). Pojawiła się też w tej serii książeczka "rok dobrych myśli" inspirująca do pracy nad sobą etc. Jest w niej miejsce na nasze postanowienia itp. Dla mnie to wszystko jest kompletną przesadą.
Nie zmienia to jednak faktu, że ta babka ma coś do powiedzenia, a ten kalendarz bardzo przypadł mi do gustu. Format jest mniejszy od A5, ale kalendarz zrobiony z papieru makulaturowego, więc jest niebywale lekki. Miejsca do pisania ma akurat tyle, ile mi potrzeba, a dodatkowo każda strona została opatrzona pozytywnym rysunkiem i jakimś ciekawym tekstem od autorki. Czasem są to dobre rady, czasem jakaś myśl. Normalnie nie znoszę takich złotych myśli, ale wierzcie lub nie- mój dzień jest naprawdę lepszy po ich przeczytaniu:)
Dla przykładu cyknęłam stronę, jaką będę miała przyjemnośc zapisać notatkami w dzień moich urodzin w tym roku:


i jeszcze jedna:




Mam nadzieję, że w komentarzach znajdę Wasze hity tego miesiąca no i oczywiście Wasze opinie na temat wszystkiego, o czym pieczołowice smarowałam wyżej:)

Dobrego lutego wszystkim Wam życzę:)

wtorek, 29 stycznia 2013

Testujemy minerałki ;D


Cześć,

  Dziś będzie, jak w tytule, o minerałach:)
Odkąd zaryzykowałam i przetestowałam na sobie możliwości podkładów mineralnych,
nie wyobrażam już sobie bez nich makijażu:) Tradycyjne fluidy właściwie poszły w kąt, bo na mojej cerze minerałami daje się wyczarować znacznie lepsze efekty. Uwielbiam też czytać na innych blogach notki na ich temat, więc podzielcie się w komentarzach linkiem, jeżeli same pisałyście o kosmetykach mineralnych lub znacie inne ciekawe wpisy:)

  O moich doświadczeniach z popularnymi podkładami Lily Lolo i Pixie Cosmetics możecie poczytać w  TYM poście.  Z kolei o sposobach aplikacji minerałów pisałam TUTAJ :)

Od kilku miesięcy zużywam resztkę swojego Lily Lolo i równolegle testuję inne podkłady. W sklepie mineralnie.pl zakupiłam kilka próbek:




  Z firmy Blusche wybrałam dla siebie dwie malutkie próbki podkładu w odcieniu Brazilian, jeden o wykończeniu Full Matte, drugi (nie załapał się do zdjęcia) Original Matte. Przy tak niewielkiej ilości nie byłam jednak w stanie wyczuć pomiędzy nimi różnicy. Jeśli chodzi o sam odcień to Brazilian nada się do bardzo jasnej karnacji z subtelnym żółtym pigmentem. Dla mnie jest on jednak zdecydowanie ZA jasny i wyglądam w nim jak Biała Dama:D
Natomiast śmiało mogę stwierdzić, że podkład sam w sobie ma świetne krycie i jest bardzo drobno zmielony. Trwałość na skórze- bez zarzutu, chyba nawet najlepsza ze wszystkich testowanych przeze mnie minerałów do tej pory!:)

Trzy pozostałe próbki (dwie w wygodnych słoiczkach) to podkłady marki BareFaced Beauty. 
Kolory, jakie wybrałam to: Gracious, Promise i Innocent. Na stronie można przeczytać, że Gracious i Promise będą pasować jasnym lub średnio-jasnym karnacjom o neutralnym odcieniu, natomiast o Innocent dowiemy się, że powinien się sprawdzić przy cerze lekko brzoskwiniowej i żółtawej. No cóż... Ja nie do końca się z tym zgadzam. Moim zdaniem po przeczytaniu opisu bardzo ciężko będzie nam dojść, który kolor rzeczywiście mógłby nam pasować. Ponadto podkłady BareFaced Beauty różnią się znacząco także wykończeniem, co niestety nie jest uwzględnione na stronie. Byłam zaskoczona po otrzymaniu przesyłki, ponieważ po pierwsze, Gracious i Promise wydały mi się zdecydowanie bardziej żółto-brzoskwioniowe od Innocent, a po drugie, oba są lekko rozświetlające, w przeciweństwie do matowego i wręcz tępego w dotyku "kolegi".
Poniżej wklejam porównanie wszystkich kolorów na skórze, włącznie z Lily Lolo Popcorn. Zdjęcie zrobiłam w świetle dziennym i moim zdaniem, dobrze oddaje ono poszczególne odcienie podkładów:


od lewej: Lily Lolo POPCORN, Blusche full matte BRAZILIAN, BF Beauty PROMISE, BF Beauty INNOCENT, BF Beauty GRACIOUS  
  Największy problem z oceną miałam własnie w przypadku tych dwóch kolorów: Gracious i Promise. Podkłady zawierają mikroskopijne drobinki, które ładnie rozświetlają skórę (nie są widoczne na twarzy). Mają też bardzo przyjemną, dość "kremową" i jedwabistą, jak na minerały, formułę. Wierzę, że takie właściwości spodobają się posiadaczkom cery suchej. Krycie oceniłabym na średnie w kierunku dobre, porównywalne do Lily Lolo (im więcej warstw, tym jest mocniejsze). Jeśli chodzi o aplikację to w moim przypadku dużo łatwiej idzie mi nakładanie podkładów o bardziej matującym wykończeniu i konsystencji, ale podejrzewam, że jestem jakimś wyjątkiem w tej kwestii:D
Z odcieniem Innocent sprawa ma się zupełnie inaczej. Na mojej buzi wygląda trochę trupio, myślę, że lepiej sprawdziłby się przy bardzo jasnej i neutralnej karnacji. Myslę też, że będzie to produkt odpowiedni dla cery tłustej i mieszanej. Tutaj nie znajdziemy rozświetlających drobinek, podkład jest też znacznie bardziej kryjący i suchy w konsystencji. Przypomina nieco próbkę minerałów Blusche. Ponieważ mam jeszcze dość sporo Innocent w słoiczku, znalazłam na niego sposób i używam w roli bazowego cienia na powiekę. W związku z tym, że podkład ten jest mocno matujący, świetnie sprawdza się przy tłustych powiekach. W sumie działa porównywalnie do bazy z Kobo:)! Przedłuża trwałość makijażu, stanowi rewelacyjny "podkład" pod kreskę z linera itp.

Jak widzicie, zamówione przeze mnie minerały są bardzo zróżnicowane:). Mi najbardziej ze wszystkich przypadł do gustu kosmetyk Blusche. Niewykluczone, że kiedyś zdecyduję się na podkład z tej firmy, ale oczywiście w odcieniu bardziej dobranym do mojej karnacji. Teraz chyba przetestuję jakiś zestaw z kolorówki, bo bardzo zachęcająco pisze o nich italiana na swoim blogu, na przykład TUTAJ :)

Pozdrawiam i jestem ciekawa Waszych opinii na temat Blusche i BareFaced Beauty!



poniedziałek, 21 stycznia 2013

Dlaczego nie polubiłam się z filtrem Bioderma Photoderm max spf 50+ tinted ultra-fluid suncare


Hej,


  Dzisiaj będzie krótka prezentacja kremu tonującego z filtrem aptecznej marki Bioderma, który kupiłam na szybko parę miesięcy temu. W najbliższej aptece nie było praktycznie żadnego wyboru, wzięłam produkt Biodermy, bo dzięki di miałam okazję zapoznać się wcześniej z jego próbką. Za opakowanie 40 ml zapłaciłam prawie 60 zł i okazało się, że pierwsze wrażenie bywa mylące, a pełnowymiarowy produkt stosowany na dłuższą metę może okazać się niewypałem;)


Nie podejmę się analizy składu, nie będę też pisać nt. jego stabilności etc., uznałam z góry, że tak, jak większość filtrów tej firmy, także i ten będzie miał w składzie to co trzeba, żeby chronić skórę przed promieniowaniem. Przykładowa recenzja innego kremu Biodermy u di- AKN Mat spf 30 KLIK

Zresztą podawanie składu i tak jest chyba zbyteczne, bo filtra nie polecam i z racji jego wad, koloru i ceny pewnie mało kto się na ten produkt zdecyduje.

   Przede wszystkim, chybionym pomysłem było dodanie do tego kosmetyku składników barwiących, bo odcień fluidu wyraźnie wpada w pomarańczowy. Małą próbkę kremu testowałam latem i wtedy kolor jako tako korespondował z moją opalenizną. Teraz jednak jego odcień jest nie do przyjęcia nawet dla mnie- dość ciepłego typu urody. Podejrzewam, że dla większości osób ten filtr będzie zdecydowanie za ciemny i za pomarańczowy, a warto pamiętać o tym, że kremu z filtrem trzeba nakładać przecież dosyć sporo.
Nie zostawiłam sobie tubki do zużycia na następne lato, bo kosmetyk jest ważny od otwarcia tylko 9 miesięcy, a w opakowaniu jest go naprawdę bardzo dużo i chcę go zużyć jak najszybciej;)


  Z kolorem jakoś sobie radzę, staram się wszystko wyrównywać podkładem mineralnym i brązerem, ale schodzi na to trochę czasu. Tymczasem krem ma jeszcze szereg innych wad, które przeszkadzają mi bardziej niż nietrafiony odcień...
  Znacie pewnie moją awersję do silikonów w kremach do twarzy. W tym przypadku machnęłam na to ręką, bo sądziłam, że ich dodatek pomoże w rozprowadzaniu tego klajstra na twarzy. Nic bardziej mylnego- filtr rozprowadza się koszmarnie!  Jest dziwnie tępy, zostawia smugi oraz pomarańczowe placki i trzeba się z nim strasznie siłować. Jednocześnie warstwa, którą pozostawia, nie jest tłusta, ale jakaś taka lepiąca się i bardzo nieprzyjemna. Mam wrażenie jakbym wysmarowała się klejem w sztyfcie;) W związku z tym, nakładanie na to wszystko makijażu także nie należy do przyjemności... Dobrze, że używam minerałów;) Twarz przetłuszcza się też dwa razy szybciej po użyciu tego filtra. Oczywiście wiem, że kremy tego rodzaju  nie pozostawiają na skórze matowego wykończenia, ale mimo wszystko, nie miałam takich problemów choćby z Antheliosem z La Roche Posay. Nie muszę też chyba mówić, że nie ma się co dopatrywać jakichkolwiek pielęgnacyjnych właściwości w tym filtrze;)

Okej, wylałam swoje żale, tak ku przestrodze...;) Chętnie teraz wysłucham Waszych kosmetycznych żali:D:D:D

Wiem już, że następny w kolejce do testów będzie L'oreal UV Perfect spf 50 i myślę, że będą to bardziej udane testy!:)



czwartek, 17 stycznia 2013

Rossmann-post zakupowy

Hej!

Do  tej pory pojawiły się na moim blogu chyba tylko dwa posty zakupowe:

drobne sierpniowe zakupy- notka Co nowego...
oraz zakupy kolorówkowe z Natury na wyprzedaży starych kolekcji Catrice TUTAJ

 Nie byłam i nadal nie jestem przekonana do postów tego rodzaju, bo wciąż nie mam pewności, czy takie notki są dla Was ciekawe i w jakikolwiek sposób przydatne? :) mam nadzieję, że wypowiecie się na ten temat w komentarzach.
Zachowałam z moich wczorajszych Rossmannowych sprawunków paragon, żeby móc Wam służyć chociaż informacją na temat cen pokazywanych tu produktów:) Zapraszam więc na przegląd mojego zakupowego koszyczka:D



 Warto wspomnieć, że za zakupy zapłaciłam przy pomocy karty upominkowej, którą znalazłam w tym roku pod choinką:) Takie karty to jeden z moich ulubionych prezentów.

  Przede wszystkim zainwestowałam w moje ulubione chusteczki oczyszczające Alterry o których napisałam nawet oddzielną notkę. Zapraszam do poczytania KLIK .
O ile tylko nie macie uczulenia na aloes to serdecznie je Wam polecam, bo są naprawdę wszechstronne, a do tego mocno nasączone i nie wysychają.
Kupiłam również mniejsze opakowanie chusteczek "myjących" dla niemowląt Babydream (aaach ten pudrowy zapach ^^), żeby mieć je pod ręką przy robieniu makijażu (np.do poprawek) oraz żeby móc je spakować do torebki przed wyjściem. Są zdecydowanie mniej nasączone, ale wystarczająco, żeby przetrzeć np. lekko ubłocone buty:D To sposób, który poznałam dzięki przyjaciółce- naprawdę warto mieć przy sobie wilgotne ściereczki w taką pogodę:)!
Podczas makijażu przecieram nimi także palce brudne od korektora lub cieni, bo inaczej zostawiam na paletach i pędzlach paskudne ślady. Same pędzelki też można nimi wytrzeć w trakcie/po pracy:)



Oba opakowania chusteczek kupiłam w regularnej cenie:
Alterra (25 sztuk) - 3,99 zł
Babydream (15 sztuk) - 2,19 zł

  Następnie wrzuciłam do koszyczka puder Synergen w odcieniu 03. To mój ulubiony puder drogeryjny i nawet nie szukam innego. W moim przypadku bardzo dobrze i na długo matuje, a do tego lekko wyrównuje koloryt. Nakładam go prawie zawsze załączoną gąbeczką, którą uwielbiam. Mam świadomość tego, że może być z niej niezłe siedlisko bakterii, dlatego często spryskuję ją czymś dezynfekującym.
Oczywiście nadal jestem fanką pudru perłowego, ale są momenty kiedy potrzebuję użyć czegoś mocno matującego i w tym wypadku Synergen wygrywa. Ma też poręczne opakowanie, dobre na wyjazd:)



Puder Synergen kosztował 9,39 zł


Kolej na krem Alterry dla skóry młodej i wymagającej:


  Skończył się mój podstawowy krem do twarzy Physiogel. Pisałam o nim TUTAJ . Nadal uważam, że to świetne mazidło, które bardzo pomaga mojej skórze utrzymać odpowiedni poziom nawilżenia. Miałam ambicje ukręcić coś nowego sama, ale nie starczyło mi ani zapału ani czasu. Tym razem postanowiłam kupić coś tańszego i lżejszego w konsystencji. Coś, co sprawdziłoby się lepiej przy moim obecnym okropnym filtrze, który sam w sobie jest nieprzyjemnie lepki. Kupiłam więc ten oto krem z dziką różą, bo miałam okazję testować go w czasie wakacji i bardzo mi się wtedy spodobał.

Tutaj znajdziecie recenzję tego i innego kremu firmy Alterra w wykonaniu di- KLIK!

Krem Alterra z dziką różą- 11,99 zł

  Ostatnimi czasy zaczęły mnie irytować żele na okolice oczu z Flos leku. Mam wrażenie, że przestały na mnie działać i nie czuję już nawet tego lekkiego napięcia skóry po użyciu. Postanowiłam kupić coś nowego, bo skóra pod oczami to najbardziej suchy "region" na mojej twarzy i wymaga specjalnej troski:D Ostatecznie zdecydowałam się na serum Age Performance Rossmannowskiej marki Rival de Loop.


Ma za zadanie ujędrniać i nawilżać nakładane 2x dziennie pod krem. Na drugim miejscu w składzie znajdziemy sok z aloesu, więc kolejny raz przypominam, że osoby uczulone powinny uważać. Opakowanie (z pompką!:) ) zawiera 5 ml płynnego żelu i kosztowało 7,99 zł. 
OD JUTRA (18.01.2013) ZNAJDZIECIE JE NA PÓŁKACH W PROMOCJI ZA 6,49 zł.

   Różowy zmywacz do paznokci Isana (50 ml) kupiłam w promocji za 1,99 zł. Jest malutki, ale bardzo wydajny i zmywa każdy, nawet ciemny, lakier raz dwa!


   Małe podgrzewacze do kominka zapachowego (30 sztuk) kosztowały mnie 8,99 zł.

 
  To są najlepsze świeczki typu tealight, jakie znam i nie kupuję już innych. Może kogoś zdziwi moje stanowcze podejście w tej kwestii, ale parę razy kupiłam tańsze podgrzewacze w Tesco i Pepco i za każdym razem byłam z nich bardzo niezadowolona. Są prawie o połowę mniejsze i trzeba było je wypalać na raz. Niemożliwością było takiego tealight'a zgasić, a potem odpalić ponownie. Wypalony do połowy nadawał się tylko do wyrzucenia. Z tymi podgrzewaczami rzecz ma się inaczej. Można je spokojnie gasić i zapalać ponownie:)

   Kupiłam również zachwalane na wielu blogach chusteczki jednorazowe Alouette do pielęgnacji twarzy. Czytałam o nich wiele i zakup był tylko kwestią czasu:D!



 Jak dobrze wiecie, wieczorem oczyszczam twarz metodą OCM (mieszanka olejowa+ ściereczka z mikrofibry). Do tej pory zawsze po takim myciu osuszałam skórę zwykłym małym ręcznikiem, który raz na kilka dni lądował w praniu. Jednak po zachwytach innych blogerek postanowiłam kupić do wycierania twarzy takie właśnie jednorazowe chusteczki. Rzeczywiście sprawdzają się rewelacyjnie! Mam nadzieję znaleźć dla nich także wiele innych zastosowań.
Opakowanie kosztowało 5,59 zł, znajdziemy w nim 30 sztuk kwadratowych i dość grubych ręczników papierowych. Czy to się opłaca- jak za zwykłe chustki/ręczniki papierowe? Najlepiej wypróbujcie i oceńcie same:)

   Na koniec pokażę Wam jeszcze kolejny kosmetyk marki Alterra, czyli krem do rąk, który oczywiście zapomniałam sfotografować na zbiorowym zdjęciu;)



Ten krem to następna rzecz, którą miałam okazję przetestować będąc na wyjeździe (pozdrowienia dla Kruhej:D!) i również bardzo przypadł mi do gustu.
Przyznaję, że zapominam o używaniu kremu do rąk, robię to bardzo nieregularnie, ale ostatnio nawet ja poczułam, że coś jest z moimi dłońmi nie tak;) Kupiłam więc krem, który nie zostawia wyraźnie lepkiej powłoki, ale dobrze łagodzi podrażnienia wywołane czynnikami zewnętrznymi. Pisała o nim niedawno anuszka . Zgadzam się z nią, że krem zostawia lekko woskową warstewkę (chyba wszystkie kremy Alterry się tym charakteryzują), ale ja ten efekt bardzo lubię. Dla Anuszki ten kosmetyk okazał się niewystarczający, ale dla mnie jest jak najbardziej ok:) Pachnie dokładnie jak odżywka do włosów z tej samej serii.
Swoją drogą, mam zamiar go również zastosować do "kremowania" włosów:) O tej technice możecie przeczytać na blogu Idalii KLIK! .
Krem do rąk Alterra kosztował 7,99 zł ( 75 ml)

Okej, kupiłam jeszcze herbatę zieloną Dilmah z jaśminem (baaaardzo lubię), ale to już naprawdę wszystko:)

Jak się Wam podobają posty zakupowe? Znacie coś z mojego zakupowego koszyczka?:) Za jakiś czas pewnie skrobnę parę słów o niektórych produktach.  O czym chciałybyście poczytać w pierwszej kolejności?
Pozdrawiam!



piątek, 11 stycznia 2013

Moje kosmetyczne sekrety i dziwactwa


      Cześć,

   W blogosferze pojawiła się ostatnio nowa zabawa do której przyłączyło się już kilka dziewczyn, między innymi Karminowe usta oraz Asia z Facehairbodycare . To właśnie ona zachęciła mnie do wzięcia udziału:)
Bardzo spodobały mi się posty obu dziewczyn, więc nie trzeba mnie było długo namawiać. Zatem jeżeli macie ochotę, zapraszam Was do poznania kilku moich kosmetycznych sekretów oraz dziwactw.


KOSMETYKI DLA DZIECI

  Nie jestem jeszcze mamą, ale mimo to regularnie zdarza mi się kupować produkty przeznaczone do pielęgnacji niemowląt i wcale nie jest to spowodowane tylko i wyłącznie (jak mogłybyście się spodziewać) niezłymi składami tych serii.  Mam bowiem wielką słabość do... zapachu takich kosmetyków ^^  . Uwielbiam tę lekko pudrową i słodkawą nutę, wyczuwalną w większości płynów, szamponów i kremów dla dzieci. Dodatek rumianku również mile widziany;)
 Swoją drogą, wiele z tych produktów jest dobrych jakościowo i sprawdza się w pielęgnacji osób nie będących już dziećmi;)

szampon Hipp- u mnie jako żel do mycia:D, puder - u mnie w roli suchego szamponu <3
Guerlain Paris  L'instant Magic woda perfumowana

 Na dowód swojego dziwactwa przypomnę Wam notkę o moim pierwszym wosku zapachowym Yankee Candle, który kliknęłam na allegro od razu kiedy zobaczyłam, że jest o zapachu "Baby powder":) . Do tej pory jest to mój ulubiony wosk do kominka! KLIK!
Jakby tego było mało, często wyszukuję na sklepowych półkach wody toaletowe i perfumowane, które również zawierają podobne pudrowe nuty. Jeden z moich ulubieńców, o którym wspominałam Wam w zeszłym roku, czyli Guerlain L'instant Magic bardzo dobrze spełnia moje oczekiwania w tej kwestii ;) Jakiś czas temu znalazłam też niemal idealny zapach Bvlgari , który został stworzony z myślą o młodych mamusiach :D :

źródło-hiperfumeria

Kupiłabym go z pewnością, gdybym tylko nie miała zapasu innych buteleczek.
Tak więc przyznaję się, że przepadam za takim właśnie delikatnym, kojącym zapachem, który kojarzy mi się z dzieciństwem, bezpieczeństwem i zupełną beztroską:) Czy ktoś tu podziela mojego bzika?



KONTUROWANIE TWARZY
 
  Często żartuję, że moja twarz przypomina przygnębionego buldoga, co w połączeniu z taką, a nie inną budową oczu, daje wrażenie permanentnie smutnego wyrazu twarzy (o ile oczywiście właśnie się nie uśmiecham) ;) W związku z tym, jakiś czas temu polubiłam konturowanie twarzy, które optycznie trochę zmienia jej kształt. O ile mam czas i ochotę, wykorzystuję do tego kilka kosmetyków i wyczyniam różne "zabiegi".
Zdarza mi się zaczynać modelowanie od matowego brązowego cienia i małego pędzelka do makijażu oczu. Bardzo dobrze sprawdza się ten oto Inglot 7 fs lub Mac 217 wraz z ciemnym, chłodnym brązem z kompletu Catrice, który z zasady służy do korygowania brwi. Długo nie mogłam znaleźć zastosowania dla tego ciemniejszego koloru, a do tego jest jak znalazł. Cienie do brwi mają nawet lepszą konsystencję i wykończenie do takiego konturowania niż tradycyjne produkty w kamieniu- moim zdaniem oczywiście. Wiem, wiem, komplecik jest mocno wysłużony ;)

do modelowania używam ciemniejszego koloru,  jaśniejszy służy mi  zgodnie z przeznaczeniem do poprawiania brwi
Takim sprzętem podkreślam dość wyraźną linią kości policzkowe, linię żuchwy i skronie, a następnie rozcieram wszystko normalnym pędzlem do twarzy z odrobiną tradycyjnego brązera, już w cieplejszym odcieniu:). Szczyt kości policzkowych rozjaśniam rozświetlaczem. Jak wiecie, uwielbiam także róże do policzków dlatego lubię dodać go odrobinę dla ożywienia twarzy. Jestem pewna, że dla wielu z Was to wszystko będzie przesadą, ale w końcu miałyśmy dzielić się także dziwactwami, nieprawdaż?:) Może nawet ktoś skorzysta z tego pomysłu na modelowanie.
No i chciałabym zaznaczyć, że to nie jest moja makijażowa rutyna, to jest raczej wersja hard na wyjścia:)

MAKIJAŻOWE POPRAWKI (albo raczej ich brak:P)


moja torebkowa kosmetyczka :)
Tu będzie krótko, ale chciałam Wam tylko napisać, że choć niemal przed każdym wieczornym wyjściem pakuję do kosmetyczki kilka kosmetyków do ewentualnych poprawek makijażu, to praktycznie nigdy potem z nich nie korzystam. W sumie nie wiem, po co targam ze sobą puder i róż, jeżeli potem nawet nie zamierzam ich ani razu użyć. Ot takie kolejne moje dziwactwo;)

BAZA POD CIENIE DO POWIEK
 
 Bez bazy mój makijaż oczu zniknąłby w przeciągu godziny. Dopóki nie zapoznałam się z tym kosmetykiem, miałam masę problemów z rolującymi się i blaknącymi cieniami.


Długo myślałam, że nie będzie mi dane korzystać z tych wszystkich pięknych kolorów, jakie widywałam w drogeriach i w Internecie. Najpierw wypróbowałam słynną bazę z Art deco, później przerzuciłam się na tańszą i równie świetną bazę Kobo. Obie sprawdzają się bardzo dobrze na co dzień, ale znalazłam kosmetyk, który nie zawodzi nawet podczas sytuacji ekstremalnych. Mam na myśli płynne cienie Max Factor Masterpiece, które są rewelacyjne nie tylko stosowane samodzielnie, ale także jako baza pod inne cienie. Niestety jakiś czas temu firma przestała je produkować i pomału zużywam swoje opakowanie brązowego cienia, które zakupiłam w ostatniej chwili. Wbrew pozorom ten kolor nie nadaje się tylko do ciemnych i brązowych makijaży, jeżeli rozetrzemy na powiece niewielką ilość, sprawdzi się nawet pod jaśniejsze cienie. Mimo że już go w sklepach nie dostaniecie, polecam rozejrzeć się za cieniami o podobnej konsystencji- płynnych, w musie lub kremie, bo z mojego doświadczenia wynika, że makijaż trzyma się na nich dłużej niż na tradycyjnej bazie, a przy okazji mogą nam wyjść ciekawe efekty kolorystyczne:) Kiedy skończę swoją buteleczkę Masterpiece planuję zainteresować się bliżej produktem Mac'a, czyli słynnym Paint Pot. Te kremowe cienie zrobiły już w sieci furorę i słyną ze świetnej trwałości, na czym mi bardzo zależy:)
Tak więc to był sekret mojego nienaruszonego makijażu podczas całonocnej sylwestrowej zabawy itp. ^^

To już wszystko, o czym chciałam Wam dziś napisać. Mam nadzieję, że spodobał się Wam taki niecodzienny post.
Podzielcie się Waszymi sekretami i dziwactwami w komentarzach!:)

Byłoby fajnie, gdyby o swoich zwyczajach napisały również:

moja ulubienica Idalia

moja przyjaciółka di

oraz (niepisząca od wieków) moja towarzyszka dziecięcych zabaw milly

i każda inna blogerka, której spodoba się ta zabawa!




niedziela, 6 stycznia 2013

Trwały kolor na ustach? produkty cz. I - Lip tint i Lip stain


Hej!

  Od kilku dni próbowałam wstawić nową notkę, ale pojawiał się problem z dodawaniem zdjęć. Jakoś się z tym uporałam i mam nadzieję, że już się to nie powtórzy. Za pomocnego maila dziękuję Gurmetce :)!

  Jako fanka (może trafniej by było maniaczka?) mazideł do ust chętnie testuję nowości. Najlepiej jeśli producent zapewnia, że jego kosmetyk cechuje wyjątkowa trwałość, bo wtedy istnieje duże prawdopodobieństwo, że prędzej czy później się nim zainteresuję:)

  Swój wywód zacznę od kosmetyków typu lip tint lub lip stain. Są to najczęściej płynne barwniki do ust na bazie wody. Wnikają w wargi i są na nich niewyczuwalne, nie dają również żadnego połysku, nie odbijają się na naczyniach etc. Na ustach dają więc bardzo naturalny wygląd- często określa się ten rezultat jako lekko przygryziona warga;) Efekt da się oczywiście stopniować poprzez dokładanie kolejnych warstw.
Kolor w opakowaniu zawsze wygląda nieco inaczej i intensywniej niż nałożony na usta lub skórę.Wygląd końcowy zależy w dużej mierze także od naturalnej barwy naszych warg.

  Lip tinty spotykam najczęściej w formie płynnej, w pojemniczkach przywodzących na myśl lakier do paznokci lub błyszczyk. Lip stainy częściej widuję w pisaku. Nie jest to chyba jednak żadna reguła, bo spotykam także flamastry do ust o nazwie lip tint i odwrotnie. Na moje oko cała ta grupa produktów wykazuje bardzo podobne właściwości, a różnią się głównie nazwą nadaną przez producenta i formą opakowania.

 Nie jestem znawcą tematu, próbuję go ugryźć po swojemu, więc będę wdzięczna każdemu, kto wtrąci swoje przysłowiowe trzy grosze w tej kwestii pod postem:)!

  W swojej kolekcji mam próbkę Benetint od Benefit oraz pełnowymiarowy produkt z Bell: Permanent Make up lip tint nr 2 ( piękna ciepła czerwień z pomarańczowym akcentem) :







Zobaczcie, jak bardzo formuła tych kosmetyków różni się od tradycyjnych szminek i błyszczyków:


po lewej Benetint

po szorowaniu dłoni wacikiem z dwufazowym płynem do demakijażu!


kilka warstw Benetint nałożonych pędzelkiem z opakowania


kilka warstw lip tinta z Bell nałożonych szpatułką prosto z opakowania


    Muszę przyznać, że na początku nie polubiłam się z produktem Bell, teraz jednak bardzo mi się spodobał i widzę, że odpowiednio aplikowany, fajnie się sprawdza. Okazuje się, że w moim przypadku najlepszą metodą jest nałożenie prosto z opakowania 2-3 cienkich warstw kosmetyku, a po wchłonięciu przetarcie ust lekko wilgotną chusteczką. Wtedy efekt jest naprawdę trwały, naturalny i baaardzo mi się podoba!:) Benetint także dobrze się spisuje przy takim sposobie aplikacji.
Tak to mniej więcej wygląda na przykładzie lip tinta z Bell:


   Wiele firm, w tym Benefit ze swoim Benetint na czele, ma w swojej ofercie barwniki 2 w 1, czyli takie lip&cheek tint, które można stosować również jako płynny róż do policzków. Najwygodniej wymieszać odrobinę barwnika z podkładem i w ten sposób nakładać na twarz, inaczej można narobić sobie plam, ale przy odrobinie wprawy da się tego uniknąć.

Przykładowy lip& cheek tint marki MeMeMe:

zdjęcie  pochodzi ze strony wizaz.pl

   Bardzo podobają mi się również wszechstronne tinty, które pokazywała kiedyś na swoim kanale Azjatycki Cukier, ale niestety zupełnie nie wychwyciłam, jaka firma je produkuje. Może jakaś dobra dusza podpowie w komentarzach?:)

   Barwniki do ust w formie flamastra mają, jak już się naprodukowałam wyżej, bardzo podobne właściwości do tintów w typowo płynnej formie. Miałam tylko jeden taki produkt z limitowanej kolekcji Essence i całkiem miło go wspominam.

Tego typu kosmetyki znajdziecie, między innymi, w szafie Astor, Max Factor oraz Catrice.

Na zdjęciu lip stain od Catrice:

zdjęcie z wizaż.pl

W ramach podsumowania- wady i zalety:)

Plusy lip tintów i lip stainów:

* naturalny wygląd i ciekawy efekt- coś innego i nowego po tych wszystkich typowych mazidłach;)
* trwałość
* możliwość kombinacji z innymi kosmetykami do ust. Przykładowo, na warstwę barwnika można nałożyć błyszczyk lub transparentną pomadkę. Można osiągnąć ciekawe efekty kolorystyczne, lub przedłużyć w ten sposób trwałość nakładanej szminki itp.

Minusy:

* trudności w aplikacji
* jeżeli nakładamy/ rozcieramy tinta palcem, bardzo ciężko będzie nam go później domyć
* barwnik czasami bywa "kapryśny" i nie chce się rozkładać na ustach równomiernie
* trudności przy wyborze koloru, ponieważ tinty zupełnie inaczej prezentują się na ustach niż w pojemniczku, czy nawet na skórze dłoni

Znacie?  Używacie tych lub podobnych barwników do ust, policzków?:)