sobota, 15 czerwca 2013

WŁOSY- moja alternatywa dla silikonów, czyli płukanka nagietkowa:)

Witajcie:)!

    W ostatnim czasie nie narzekam specjalnie na swoje włosy. Zazwyczaj moim największym problemem jest plątanie, a później rozczesywanie drobnych supełków, które tworzą się na długości.
Sprawa nie jest prosta do opanowania, bo jak już wielokrotnie wspominałam, w swojej pielęgnacji staram się unikać produktów, które zawierają silikony. Jakiś czas temu odstawiłam nawet szampon, w którym na liście składników dopatrzyłam się jakiejś pochodnej silikonu. Wiem, że to dość kontrowersyjne podejście do tematu, ale powiedzmy, że taki postawiłam sobie cel- moje włosy będą gładkie bez ich stosowania;)



 
  W związku z tym, szukałam i nadal szukam, jakiegoś ciekawego i w miarę naturalnego zastępstwa dla silikonów. Jeśli czytałyście moje wcześniejsze wpisy, poświęcone tematyce "włosowej", to wiecie, że jestem ogromną zwolenniczką płukanek. W dużej mierze to one są odpowiedzialne za to, jak prezentuje się moja czupryna, chociaż do ideału pewnie nadal daleko;)
Traktuję je trochę jak odżywki bez spłukiwania. Czasami stosuję czyste ziołowe napary, innym razem dorzucam do nich różne półprodukty, miód itp.

Tutaj znajdziecie poprzednie notki:

płukanka na wzmocnienie

płukanka nabłyszczająco-zmiękczająca

płukanka na problemy z przetłuszczaniem

Natomiast przez ostatnie miesiące intensywnie sprawdzałam na sobie działanie płukanki z suszonych  kwiatów nagietka:) 20 g płatków kupiłam w sklepie internetowym Zrób Sobie Krem za 4,70 zł.
Taka ilość starcza na baaardzo baaardzo długo. Ja swojej porcji wciąż nie mogę zużyć, a płukankę stosuję praktycznie co mycie:)



Przygotowanie naparu jest banalnie proste:

kopiastą łyżkę płatków nagietka zalewam około 0,5 litra wrzątku. Miksturę przykrywam na jakieś 20 minut i odcedzam, a potem stosuję jako ostatnie płukanie po myciu włosów i spłukaniu odżywki.
Płatki rozwijają się w wodzie, nie problemu z odcedzeniem jakichś drobnych resztek itp. :)

Powstały napar ma słomkowy kolor i niemal niewyczuwalny zapach.



Przy przepłukiwaniu włosów naparem możemy mieć wrażenie, że używamy do tego zwykłej wody, ale chwilę później widać efekty:)

O jakich efektach mowa i dlaczego uważam, że płukanka  zastępuje mi silikony ;) ?

* w dotyku odczuwam znaczne wygładzenie, jakby włosy zostały powleczone lekką warstewką ochronną
* znacznie dłużej schną i mam wrażenie, że dłużej utrzymują nawilżenie?
* dużo łatwiej je rozczesać
* są zdecydowanie bardziej podatne na układanie. Nawet moje proste druty zaczynają się lekko falować po kilkugodzinnym noszeniu koczka. Jeśli mam je rozpuszczone, to po płukance są jeszcze bardziej proste, o ile to możliwe;), po prostu zero puchu.

Płukanka z płatków nagietka jest polecana do włosów o ciepłym odcieniu. Moim zdaniem, sama w sobie nie pogłębia miodowych refleksów, ona raczej podkreśla naturalny kolor włosów. Nie ma się co obawiać, że nagle nabierzemy np. rudego poblasku (u mnie akurat całkiem pożądanego), do tego celu trzeba by było użyć raczej odwaru. Moje jasne włosy nabierają po takim zabiegu wzmożonego złocistego połysku, kilka razy usłyszałam nawet, że mam "świecące" końcówki;) To właśnie zasługa nagietka.

Żeby jednak pogłębić mój kolor włosów czasami do płukanki dodaję szczyptę ekstraktu ze skórki granatu, świetnie się w tej roli sprawdza:)

Poza tym, przy regularnym płukaniu włosów w nagietku zaobserwowałam ograniczenie problemu przetłuszczania się skóry głowy, przy tym jest ona bardzo dobrze nawilżona:) Nagietek działa również łagodząco.

Efekt wygładzenia jest podobny do tego, jaki osiągałam przy ulubionej płukance z kwiatów lipy, jednak nagietkowa lepiej sprawdzi się u osób z przetłuszczającą się czupryną.
Myślę, że rewelacyjnie może działać połączenie obu przepisów. W najbliższym czasie spróbuję i dam Wam znać:)

Jeśli stosujecie płukanki, podzielcie się przepisami i opiniami:) Przetestujecie nagietkową?



wtorek, 11 czerwca 2013

Kolejny przetestowany filtr- L'oreal UV Perfect spf 50

Dzień dobry!:)

Zapraszam Was do przeczytania recenzji filtra do twarzy marki L'oreal. Pomału wykańczam opakowanie tego kosmetyku i przyszła pora na drobne podsumowanie. Liczę, że Wam się przyda, biorąc pod uwagę, że zbliża się pora urlopów i wakacji. Być może w końcu i w Polsce zawita słońce:)
Jak wiecie, kremów z filtrami staram się używać przez cały rok, szczególnie, że chętnie korzystam ze złuszczających kosmetyków z dodatkiem kwasów

Dlaczego powinno się nakładać filtry przez okrągły rok? Po raz kolejny nie będę starała się odpowiadać sama na to pytanie. Odsyłam Was do bloga italiany i wątku vademekum filtrowe :) Znajdziecie tam również opinię autorki na temat tego konkretnego kremu: KLIKNIJ

Do zakupu zachęcił mnie natomiast TEN bardzo pozytywny wpis  :)

Cena: aktualnie na allegro 13,99 zł bez kosztów przesyłki

Dostępność: bardzo kiepska, kosmetyk został wyprodukowany dla potrzeb rynku azjatyckiego. Ja zakupiłam swoją tubkę na allegro

Pojemność: 30 ml

Filtry: przede wszystkim chemiczne + dwutlenek tytanu


Z pewnością jest to kosmetyk bardzo łatwy w obsłudze i może zaskoczyć te z Was, którym krem z wysokim filtrem kojarzy się z tępą konsystencją i białą poświatą na twarzy. Fluid posiada przyjemną i lekką formułę, która bardzo gładko rozprowadza się na skórze.

Krem przede wszystkim:

- nie bieli
- nie powoduje wysypu
- nie podkreśla suchych miejsc
- stanowi idealną bazę pod makijaż, przede wszystkim mineralny, bo sypki podkład świetnie do niego przylega i bardzo długo się utrzymuje.

Jeśli chodzi o błyszczenie - po aplikacji samego filtra (bez makijażu) przez pierwszą godzinę-dwie skóra ma tylko lekko satynowy połysk, jednak później na mojej twarzy pojawia się nieprzyjemnie tłusta warstwa. Wówczas moja cera prezentuje się bardzo niekorzystnie, bo wszystkie niedoskonałości stają się nagle bardzo widoczne, a twarz się świeci. Na szczęście jest to sytuacja do  opanowania;) Z pomocą przychodzą mi bibułki matujące.
Jeżeli na filtr nałożę dodatkowo minerały to twarz pozostaje "satynowa" nieco dłużej. Można nawet w tym wypadku liczyć na efekt zdrowego "glow";)

To, czego obawiam się w tym produkcie to skomplikowany skład. Bardzo często mam opory przed azjatyckimi kosmetykami, zwłaszcza takimi, których mam zamiar używać regularnie.
Lista składników jest długa i niezbyt zachęcająca, ponieważ znajduje się na niej trochę rzeczy, które na pierwszy rzut oka, nic mi nie mówią:

POWIĘKSZ:)

 

W najbliższej przyszłości planuję porozglądać się za jakimś produktem z filtrami mineralnymi, z krótszym i pewniejszym składem:) Wydaje mi się też, że są one bezpieczniejsze dla skóry, niż filtry chemiczne, choć ich działanie ochronne bywa podawane w wątpliwość. Wciąż się jednak waham i zastanawiam, co wybrać:)

Myślę, że jeżeli nie macie takich oporów jak ja, to śmiało możecie spróbować i kupić na próbę fluid L'oreala, zwłaszcza, że cena jest dobra, a filtr przyjemny w obsłudze.

Podzielcie się swoimi "filtrowymi" doświadczeniami w komentarzach i napiszcie, czy używacie bibułek matujących. Ja znalazłam idealne i chętnie podzielę się z Wami konkretami, na przykład przy okazji następnej notki:)


niedziela, 2 czerwca 2013

kilka słów na temat cieni artdeco i oko;)

Witajcie!

Od kilku dobrych miesięcy używam paletki cieni do powiek firmy artdeco i myślę, że pora skrobnąć parę słów na temat tego, jak się u mnie sprawdzają:)

Mam cztery kolory, które różnią się między sobą także wykończeniem. Wszystkie cienie mieszkają sobie w bardzo zgrabnej kasetce magnetycznej, która szalenie mi się podoba.


 
 
288- matowy cień brązowo-fioletowy, bardzo ciemny, mocna pigmentacja

218- mój ulubieniec! perłowy, lekko iskrzący kolor taupe- brudny brąz, mocna pigmentacja

67-  lekko błyszczący szarak, ale nie jest to odcień wpadający w srebro, pigmentacja średnia

71- transparentna biel opalizująca na fioletowo

Cienie artdeco można dostać na stoiskach tej firmy w niektórych drogeriach, albo w sieci.  Przykładowo na allegro kupicie jeden taki wkład do paletki za około 23 zł. Wybór odcieni jest dość szeroki.

Na plus zanotowałam:

- cienie mają bardzo miękką i lekką konsystencję (jeśli wiecie, co mam na myśli ^^), świetnie  się nakładają, zarówno palcem, jak i pędzlem
- bajecznie się rozcierają, często i tutaj stosuję technikę rozcierania na szybko palcem;)
- dobrze się noszą, ponieważ nie rolują się, ani nie osypują

I jeden minus, który przychodzi mi na myśl:

- po upływie kilku godzin cienie odrobinę blakną na powiece

Podsumowując, uważam te cienie za kosmetyki bardzo dobrej jakości, porównałabym je do Bourjois. Myślę, że jeżeli zwolni mi się miejsce w kasetce i zużyję jeden z tych kolorów, to chętnie zaopatrzę się w jakiś kolejny:)

Na koniec wrzucam jedno oko pomalowane w cieniami z powyższej paletki artdeco. To miało być takie oko al'a szczenięce spojrzenie  ;) (puppy eyes make up):


 

I nieco inny makijaż wykonany przy użyciu odcienia taupe i błyszczącego szaraka oraz kohla na linii wodnej (hashmi kohl aswad) :

 
 
Wiem, wiem, na mojej powiece niełatwo uchwycić kolor:D
 
Chętnie poczytam, jakie są Wasze ulubione cienie do powiek. Znacie te z artdeco?:)
 

sobota, 18 maja 2013

Zakupy! Inglot & Golden Rose

Cześć:)

Dzisiaj zapraszam Was na mały przegląd moich zakupów z zeszłego tygodnia. Wiosna w pełni, więc poszalałam z kolorówką:)

kredki Golden Rose, cienie Inglot

Najpierw wybrałam się do Inglota, ponieważ miałam w planach zakup kilku zielonych cieni do powiek. Marzyła mi się ciemna, butelkowa zieleń i jakiś limonkowy kolor. To dość nietypowe odcienie, jak na mnie. Na ogół wybieram zielenie lekko oliwkowe, wpadające w złoto. Mam kilka właśnie takich kolorów w paletkach Sleeka, ale tym razem miałam ochotę na coś zupełnie  innego:)

Ostatecznie zdecydowałam się na trzy wkłady (każdy za 10 zł) do mojej starej i wysłużonej paletki na 5 krążków.





Pierwszy cień to 414 o wykończeniu pearl, który wybrałam pod wpływem jednej z Was:)
Jest bardzo ciemny, chłodny i pięknie opalizuje.

Kolejny to intensywny limonkowy kolor 477 o wykończeniu double sp. Cień jest matowy, ale posiada sporo małych drobin, chyba złotych, które jednak wcale mi nie przeszkadzają.
Mój chłopak mówi, że 477 to odcień "goblin green" :D bardzo mi się ta nazwa spodobała, myślę, że wie, co mówi, w końcu w wolnych chwilach maluje figurki do gry Warhammer:)

Ostatni cień to 137, wykończenie Shine. Zaskoczyłam sama siebie wybierając ten kolor:) Nie umiem go dobrze opisać. Nie jest mocno kryjący, a raczej transparentny. Czasami wygląda jak chłodny miętowy odcień, pod innym kątem widoczny jest w nim złoty pyłek:) To bardzo ciekawy cień i daje delikatny efekt, myślę, że sprawdzi się na co dzień.

Do tej pory nie byłam wielka fanką cieni z Inglota, teraz chyba zaczynam zmieniać zdanie.

Tego samego dnia natknęłam się przez przypadek na całkiem nieźle zaopatrzone stoisko z kosmetykami marki Golden Rose. Warszawianki, polecam Wam zajrzeć do Pań, które stoją tuż przy wyjściu ze stacji metro Wilanowska:)

Długo poszukiwałam słynnych kredek do oczy z serii emily. Na wspomnianym stanowisku znalazłam kilka sztuk i ostatecznie porwałam kobaltową z numerem 107.

Nie mogłam sie oprzeć i wzięłam również wodoodporną kredkę do ust z serii Classic waterproof lipliner w kolorze 306. Przypomina mi bardzo pomadkę Fuchia z Kobo.
Takie neonowe róże nie za często goszczą na moich ustach, ale  wydaje mi się, że odrobina takiego koloru potrafi "zrobić" cały makijaż i daje bardzo świeży efekt, szczególnie z odrobiną błyszczyka.




Kredkę na ustach pokażę może innym razem, a na koniec wrzucam jeszcze mój wczorajszy makijaż oka z wykorzystaniem kredki emily i i granatowego tuszu Max factor False Lash . W kąciku znalazł się niezastąpiony rozświetlacz Mac soft & gentle :




Używacie któregoś z tych kosmetyków, możecie coś o nich powiedzieć?:)
A może coś, czego jeszcze nie znacie, przykuło Wasza uwagę?

Pozdrowienia!

wtorek, 7 maja 2013

Lily Lolo (Popcorn) kontra Annabelle Minerals (Golden Fair)


Cześć:)!

Na dzisiaj zaplanowałam porównanie dwóch popularnych podkładów mineralnych:)

 A TUTAJ znajdziecie mój wpis na temat podkładów z Annabelle Minerals.




*Cena oraz pojemność*:
oba kosmetyki mają 10 g. Jednak cenowo bardziej opłaca się zakup podkładu z Annabelle Minerals - cena kosmetyku wraz z kosztem przesyłki wynosi 58,50 zł.
Za opakowanie podkładu Lily Lolo o tej samej pojemności musimy zapłacić 69,90 zł, a do tego dochodzą jeszcze koszty wysyłki. W Warszawie możliwy jest odbiór osobisty. Jeżeli wybierzemy dostawę za pośrednictwem kuriera DPD zapłacimy dodatkowo 13 zł, natomiast za odbiór w paczkomacie - 8 zł.

Kosmetyki Lily Lolo są do kupienia na stronie: costasy.pl
Produkty Annabelle Minerals dostaniecie na stronie annabelleminerals.pl

*Opakowanie*: 
Porównanie wypada na korzyść Lily Lolo. Pojemniczek jest porządniejszy i lepiej wykonany: ma zasuwane sitko i dozowanie jest dzięki temu łatwiejsze.



Niestety ono również nie pozostaje bez wad -przy codziennym stosowaniu zdarza się, że pęka zakrętka i wtedy nie można domknąć opakowania. Wiem, że ten problem dotyczy nie tylko mnie, na szczęście wieczko pękło dopiero pod sam koniec użytkowania :)



Opakowanie podkładu Annabelle nie przekonało mnie- moje pudełeczko nie zakręca się do końca i podkład wysypuje się z niego bokami. Podoba mi się, że sitko jest tylko na środku, ale jego otwory są za duże i nie ma dodatkowego zabezpieczenia- czasami przy otwieraniu wita nas więc pyląca chmura;) Nie bawię się jednak w jego przesypywanie do innego pojemnika, podejrzewam, że straciłabym przy tej czynności połowę kosmetyku;)

*Formuła podkładu*:
Obydwa kosmetyki są bardzo drobno zmielone i sprawiają wrażenie lekko kremowych- jeżeli wiecie co mam na myśli;) U mnie żaden z nich nie podkreśla suchych miejsc (ok, prawie ich nie mam;)). Żaden nie podkreśla także u mnie porów skóry, nie zbiera się nigdzie ani nie tworzy efektu "ciasta" na twarzy.

Muszę jednak przyznać, że łatwiej i przyjemniej nakłada mi się minerały Annabelle Minerals-  one sprawiają wrażenie jeszcze bardziej kremowych. Bardzo dobrze stapiają się ze skórą i chyba lepiej do niej przylegają niż LL :)
Mój podkład AM jest w wersji kryjącej. LL posiada tylko jeden rodzaj.

*Kolor i krycie* :
Okazało się, że mój ulubieniec z Annabelle -Golden Fair jest bardzo zbliżony do swojego poprzednika, czyli Popcorn z Lily Lolo:) Zobaczcie:


Są to kolory dobre dla posiadaczy cer jasnych o ciepłej tonacji ze względu na żółty pigment:)
W obu przypadkach gama odcieni jest dość szeroka, jednak zdjęcia ze strony, jak dla mnie, nie ułatwiają za bardzo wyboru. Warto poświęcić chwilę i przejrzeć zdjęcia innych blogerek, które prezentują je często na skórze.

W kwestii krycia wygrywa zdecydowanie Annabelle Minerlas:)! Uwielbiam to, że w lepsze dni mogę machnąć pędzlem jedną warstwę podkładu AM i to wystarcza:) Przy 2-3 warstwach możemy osiągnąć pełne krycie.
Przy LL jedna warstwa zdecydowanie nie była u mnie wystarczająca, dwie dawały raczej średnie krycie. Najlepiej sprawdzał się za to nakładany wilgotnym pędzlem typu flat top- to lekko zwiększało jego właściwości kryjące. Na powyższym zdjęciu musiałam nałożyć go dużo więcej niż podkładu z AM, aby kolor był widoczny. Myślę, że widać na nim również, że Annabelle  lepiej stapia się ze skórą.

*Trwałość*:
Dla mnie podkłady mają podobną trwałość na skórze. Być może Annabelle utrzymują się trochę dłużej. Wszystko jednak zależy od tego, jaki mamy typ cery, jak nałożyliśmy podkład oraz co znalazło się na skórze pod podkładem:)
Oba kosmetyki dobrze współpracują, jak na razie, z moimi kremami i olejami:)

Jak widzicie, zarówno Lily Lolo, jak i Annabelle Minerals mają w swojej ofercie naprawdę bardzo porządne podkłady. Ja jednak, póki co, zostaję przy minerałach z AM. Na ich korzyść przemawia świetne krycie i przyzwoita cena. Liczę tylko na to, że producent zdecyduje się kiedyś na ulepszenie opakowania, choć pewnie wtedy podskoczy również jego cena;)

Jak Wy porównałybyście te dwa podkłady? Czaicie się na któryś z nich?:)

wtorek, 30 kwietnia 2013

Powiększający makijaż oczu według tutorialu z kanału Azjatycki Cukier


Cześć wszystkim:)



Dziś będzie nieco inaczej niż dotychczas:)
Zawsze chciałam wrzucić na bloga zdjęcie z jakimś make upem, ale moje oczy mają specyficzną budowę i niezwykle ciężko jest je pomalować, a co dopiero uchwycić jakikolwiek makijaż na zdjęciu. Przy otwartych oczach nie wszystko widać, przy zamkniętych to jest jednak zupełnie inny efekt i najlepiej to wszystko wygląda po prostu na żywo, w ruchu.
Mimo wszystko zdecydowałam się na wrzucenie kilku zdjęć, ale nie będzie to zwykły makijaż, ale moja próba odtworzenia wersji azjatyckiego makijażu, który ma za zadanie ekstremalnie powiększyć oczy.
Zastosowałam się do wskazówek z tego filmiku Azjatyckiego Cukru, którą pewnie wszyscy znacie:)

W ogóle do moich ulubionych filmów z Cukrowego kanału należą te z propozycjami makijaży i fryzur. Zawsze podpatrzę jakąś ciekawą technikę. Proponowane przez nią wskazówki  najczęściej bardzo odpowiadają moim powiekom, których budowa sprawia mi tyle problemów przy malowaniu.

Zobaczcie efekty mojej próby odwzorowania tego makijażu:)

W wielkim skrócie:
* odrobina bazowego cienia (brąz) ląduje na ruchoma powiekę a potem idzie w ruch eyeliner w płynie (mam totalnie dziadowski płynny liner, więc u mnie to był czarny cień ze sleeka+duraline i efekt jest super:)!) a więc:
*wypełniamy nim przestrzeń między rzęsami
*rysujemy "fałszywy" zewnętrzny kącik
i zaznaczamy wewnętrzny,
*pogrubiamy miejsce tuż nad tęczówką
*dolną powieka w okolicach wewnętrznego kącika malujemy białą kredką, rozcieramy, odrobina wędruje pod łuk brwiowy
*ciemnobrązowym cieniem obrysowujemy nasz "dorobiony kącik", rozcieramy
*tuszujemy rzęsy, skupiając się na wyciagnięciu do góry tych środkowych

Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam, ale tak czy siak filmik Azjatyckiego Cukru jest do obejrzenia:)!

oto moje czyste płótno;) ugh, ta blizna!
 
 
 

 

Nie noszę soczewek typu circle lens, ale często słyszę, że mam duże oczy (mimo, że są tak głęboko osadzone:) ). Lubię po prostu pomagać sobie makijażem i udawać z jego pomocą, że są takie duże;)

Moje wnioski:

Efekt, który osignęłam przy pomocy tego makijażu jest zbliżony do tego, jaki osiągam przy make upie, wykonywanym zwykle na wieczór. Jest jednak tutaj kilka odkrywczych dla mnie trików, z których na pewno będę korzystać:) Mam na myśli na przykład użycie białej kredki na dolnej powiece (bez linii wodnej). 
"Fałszywy" kącik też jest fajnym pomysłem, ale może będę zaznaczać go po prostu samym cieniem? Jeszcze nie wiem:)
Nie jestem przekonana natomiast do zaciemniania wewnętrznego kącika. Owszem, moim zdaniem, rzeczywiście powiększa to oko, ale ja często trę oczy w tym miejscu i i nie wiem, czy uda mi się ten nawyk opanować:D

A oto kosmetyki, których użyłam do tego makijażu:


duraline Inglot, pędzelek skośny syntetyczny Inglot, kredka Sephora, tusz Wibo, cień pojedyńczy Art deco 218, sleek Original, w roli bazy cień brązowy Max Factor w płynie

Jak Wy oceniacie moją próbę odtworzenia make upu powiększającego oczy? Bawiłyście się może w taki makijaż?

Może następnym razem spróbujemy z puppy eyes make up?:)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Podkładowy faworyt, czyli minerały Annabelle Minerals


Cześć:)!



Na temat kosmetyków mineralnych firmy Annabelle Minerals powstało już w blogoserze całe mnóstwo notek. Bardzo się ucieszyłam, że na rynku pojawiła się kolejna polska marka, która oferuje mineralną kolorówkę i jakiś czas temu zamówiłam sobie kilka próbek. Tylko jeden odcień dopasował się do mojej cery, ale za to jak!  ^^   Sam podkład uważam za mineralny IDEAŁ, więc zapraszam Was do przeczytania szczegółów poniżej:)!

O moim mineralnych doświadczeniach do tej pory przeczytacie po kliknięciu w odsyłacze:

Lily Lolo vs. Pixie cosmetics

Testy Blusche i BareFaced Beauty

aplikacja minerałów na kilka sposobów

Jak wiecie, byłam już zaprzyjaźniona z podkładem Lily Lolo w odcieniu Popcorn i jedyne, co miałam ostatnio w planach to zakup jednego z zestawów z kolorówki, o których tak zachęcająco pisała u siebie na blogu italiana, na przykład TUTAJ  Jednak coraz liczniejsze pozytywne opinie zachęciły mnie najpierw do wypróbowania "gotowca" z Annabelle Minerals:) Nie żałuję do tego stopnia, że nie myślę na razie o testowaniu czegokolwiek nowego.

Zamówiłam małe słoiczki podkładów na stronie internetowej (7,50 zł za 1 g) w kolorach:

- golden light
- netural medium,
- golden fair

a w gratisie otrzymałam jeszcze jeden bardzo jasny neutralny odcień (oddałam pewnej bladej twarzy;) ).
Od di dostałam natomiast słoiczek beige fairest, bo nie miała na niego pomysłu.
O tym, jak wykorzystać  nietrafione kolory napiszę może innym razem, dzisiaj skupię się na moim podkładowym faworycie w odcieniu GOLDEN FAIR:)
Kolor ten okazał się tak idealnie do mnie dobrany, że mogę nakładać go tylko w wybranych partiach twarzy, a nie będzie odcinał się od reszty skóry!:)

Za całe opakowanie o pojemności 10 g trzeba zapłacić 50 zł.



Słów kilka na temat dostępnych odcieni i wykończeń:

Na stronie znajdziemy podkłady mineralne do kupienia w trzech wersjach:

-matującej 
-kryjącej
-rozświetlającej

Każda moja próbka to było inne wykończenie. Najbardziej spodobało mi się kryjące. Matujące wydało mi się dość zbliżone, ale jednak bardziej płaskie. Wersja kryjąca daje, na moje oko, bardziej satynowy efekt. Wykończenie rozświetlające na ogół mi się podoba, tutaj jednak w ogóle nie przypadło mi do gustu. Podkład nałożony w większej ilości, szczególnie wilgotnym pędzlem, daje efekt jak niektóre rozświetlacze. Poza tym, twarz szybciej wygląda nieświeżo i u mnie ta wersja miała najgorszą przyczepność do skóry. Możliwe jednak, że bardzo suchym cerom takie wykończenie się spodoba:)

Kolory wybieramy spośród gam:

-beige
-natural 
-golden

Ja oczywiście postawiłam na golden, jako że podkłady z tej grupy zawierają wyraźny żółty pigment.

Muszę jednak przyznać, że moim zdaniem, po zdjęciach na stronie bardzo ciężko dojść, który odcień mógłby do nas pasować. Ja w każdym razie byłam bardzo zaskoczona wyglądem próbek, które sama zamówiłam:D Dobrze, że są inne blogi i że w sieci nie brakuje zdjęć swatchy na skórze;)

Poniżej nałożyłam odrobinę każdego koloru palcem na lekko zwilżoną skórę, żeby lepiej oddać odcień. Oczywiście podkłady rozprowadzone na twarzy nie dają aż tak intensywnego koloru;)


Hej, przyznajcie, że natural medium jest dość ceglasty, zamierzam go jakoś ochłodzić i zużyć jako brązer.
Natomiast przy golden light wydaje mi się, że nawet widać jego rozświetlające wykończenie:)

*Może jakieś konkrety w końcu...;)*

Jeśli chodzi o sam produkt to zacznę od jednej jego wady, która przychodzi mi w tym momencie do głowy, chociaż w żadnym razie nie świadczy o jakości samego podkładu.
Mam na myśli fatalne opakowanie. Kosmetyk sypie się z pojemnika, nawet gdy jest zamknięty i ogólnie opakowanie prezentuje się tak, jakby się zaraz miało rozlecieć.
Ktoś może i fajnie wymyślił, żeby sitko było tylko na środku, bo wokół niego można sobie jeździć pędzlem, jednak jego otwory są zbyt duże. Wygląda na to, że sporo podkładu się po prostu marnuje.

A teraz będą już tylko same PLUSY:)

* Przede wszystkim, kosmetyk rewelacyjnie kryje!

Jedna, cienka warstwa nałożona na szybko daje radę przy cerze z niewielkimi problemami. Dwie warstwy zakrywają wszystko świetnie:)
Zobaczcie, jak to wygląda u mnie po nałożeniu dwóch bardzo cienkich warstw. 




Ten "uroczy" wałeczek pod okiem to nie wynik niewyspania, ale pozostałość po pewnej niemądrej zabawie z dzieciństwa- blizna;)
Wracając jednak do zalet produktu...

*Podkład, jak na kosmetyk sypki, ma świetną konsystencję- jest bardzo drobno zmielony, sprawia wrażenie lekko kremowego, a dzięki temu nie wysusza skóry

* idealnie się go nakłada, nawet na sucho. Bardzo dobrze przylega do skóry.
Ja używam flat topa, ale kilka razy nakładałam go takim pierwszym lepszym pędzlem do pudru i nie było żadnego problemu, twarz omieciona raz dwa i gotowe:)

* współpracuje ze wszystkimi moimi kremami/serum. Nic się nie waży, nie roluje, nawet pod oczami.

* trzyma się na twarzy bardzo dobrze i nie wymaga poprawek, których zresztą i tak nigdy nie robię;)

* na moje oko, mimo świetnego krycia, efekt jest niezwykle naturalny



Bardzo jestem ciekawa, co Wy sądzicie o minerałach z Annabelle? Jak oceniacie efekt krycia?

Chciałabym jeszcze zrobić porównanie podkładu z Annabelle i Lily Lolo, jesteście zainteresowane?
Piszcie!:)